poniedziałek, 29 lipca 2013

{Od Kane'a}


Żadne z nich nie było zachwycone. Myśli każdego krążyły wokół leżącego bez życia mężczyzny, który tyle dla nich znaczył. Dla Viccy, by jedynym mężczyzną, którego była w stanie pokochać. Jej mistrzem w boju i świątynią, w której mogła się zatrzymać, by czuć się bezpieczna i chciana. Dla Eirinna był panem, w takim sensie w jakim rozumie to tylko smok. Słowa dajmona były dla niego prawem. Był w stanie spopielić świat jeżeli tego Kane by zapragnął. Dla Remesa zaś był jedyną osobą, która całkowicie go akceptowała, jedynym, dla którego duma orła była zaletą i siłą, a nie wadą godną pogardy.
A teraz wysyłano ich na misję, daleko, tak bardzo daleko od niego. Musieli go zostawić i liczyć na to, że będą mieli do czego wracać.
- Pójdę z wami - oznajmił Kari
- Dziękuję - wyszeptała Vicca. Wiedziała, że musi wyjść, ale nie mogła przemóc się, żeby go opuścić, choć na chwilę spuścić go z oczu. Walkiria podeszła do Normenel. – Zaopiekujesz się nim prawda? – zapytała słabym głosem. Tak bardzo trudno było ją o to pytać. Ją, anielicę, którą Kane posiadł, a przecież nigdy nie chciał tknąć Viccy.
- Wiesz, że tak... – po twarzy Normenel przemknął ciepły uśmiech jednak bez grama wesołości.
- Choć Vi... Musimy się pospieszyć – to Remes podszedł do dziewczyny i pociągnął ją za sobą.
Cała czwórka poszła się przygotować. Vicca poszła do swoich kwater, by skompletować uzbrojenie, zabrała sztylety, które podarował jej Kane. Eirinn również poszedł zabrać to co potrzebne. Natomiast Rems pobiegł do domu. Do swej ukochanej. Oriana powitała go z ciepłym uśmiechem. Jej brzuch wydawał się jeszcze większy niż rankiem. Podziwiał Orianę, była tak drobna i wyglądała na kruchą, a mimo to było w niej tak wiele siły. Dzielnie nosiła w swym łonie dwójkę synów i choć była bliska rozwiązania nie skarżyła się.
- Hej pączusiu – dajmon powitał swoją żonę.
- Jeszcze raz nazwiesz mnie pączkiem to śpisz na kanapie – zagroziła i zmrużyła oczy.
- Zawsze tak mówisz – chciał się uśmiechnąć, ale nie mógł.
- Co się stało? – zapytała od razu.
- Kane... Jest.... ciężko chory. Muszę wyjechać na jakiś czas...
- To coś poważnego? Co z nim? Wyzdrowieje? Jak daleko jedziesz? Kiedy wrócisz? – zawsze zasypywała wszystkich gradem pytań kiedy się denerwowała.
- Uspokój się kochanie. Wszystko będzie dobrze. Nie pozwolimy, żeby coś poważnego mu się stało. A wrócę jak najszybciej będę mógł.
- Dobrze...
Dajmon ucałował swoją żonę i wyszedł pospiesznie.
Droga do portalu nie zajęła im zbyt wiele czasu. Eirinn użył swych mocy, aby przenieść ich możliwie jak najbliżej miejsca, które wskazał Hebi.  Zarówno Eirinn jak i Vicca, dobrze znali Świat byli w nim niejednokrotnie wraz z Kan’em. Remes mniej, to on zawsze miał „pilnować żony, a nie się szwendać”.
Portal przeniósł ich w miejsce odludne, tak jak tego chcieli. Żadne nie było zbyt rozmowne. W milczeniu zmieniali stroje na takie, które pozwalały im wtopić się w tłum i ukryć swoją broń. Remes miał przy sobie pistolet, który podarował mu Kane. Wiedział, że dajmon lubił wszystko co strzela.
Wytropienie skupiska demonicznej energii nie było łatwe, pomógł Kari, który wyczuwał demony lepiej niż inni, w końcu sam nim był w połowie.
Dotarli do sporego ludzkiego lokalu szybko. Weszli do środka.
- Cześć kotku – zamruczała jakiś mężczyzna na widok Viccy.
- Radzę trzymać ręce przy sobie – ostrzegł Eirinn.
- Szukamy niejakiego RoUy – dodał Remes.
- A niby dlaczego go szukacie? – zapytał inny człowiek.
- Mamy dla niego bardzo ważną wiadomość, to pilne – odezwała się Vicca. Wiedziała, że lepiej będzie jeżeli to ona się odezwie nie dopuści do głosu mężczyzn, oni byli porywczy. Jedynie Kari był spokojny.
- Schodami do góry i radzę nic nie kombinować. Szef nie z takimi sobie radził...
- Oczywiście – odezwał się pół anioł.
Kiedy tylko przekroczyli próg pomieszczenia, w którym znajdował się poszukiwany przez nich demon cała czwórka opadła na ziemię nie mogąc się ruszyć. Wszyscy walczyli o oddechy.
- Witam w moich skromnych progach – odezwał się czarnowłosy mężczyzna podchodząc do czwórki leżących. – Wiem po co przyszliście. Mały Hebi myśli, że wyzionie ducha. Bardzo chętnie wysłucham co macie do powiedzenia.
Zaklęcie które ich wiązało zelżało, na tyle tylko by mogli się z trudem podnieść.

od Hebiego

- To chyba ja mam tu najwięcej do powiedzenia - stwierdziłem. Chciałem, żeby mój głos zabrzmiał mocno. Wyszło trochę inaczej. Spróbowałem się podciągnąć na rękach do siadu, ale bez pomocy Rakyo bym tego nie zrobił.
- Hebi - smok odgarnął mi włosy sprzed oczu. - Ty chyba nie chcesz...
- Nie mam wyboru - uciąłem jego dyskusję. Powiedziałem to stanowczo za szybko.
- Wahasz się - stwierdził. Znał mnie zbyt dobrze, by nie odczytać poprawnie mojego zachowania. - Boisz się, że coś pójdzie nie tak, że zarówno jemu nic to nie da, jak i tobie zaszkodzi. Dobrze wiesz, że tu chodzi o twoje życie - w jego oczach widziałem strach o mnie i ból, że postawił mnie w takiej sytuacji.
- Nic mi nie bę... - nie dokończyłem, bo zakrztusiłem się krwią w gardle. Zakaszlałem, wypluwając posokę na pościel. Widziałem kątem oka, że Normenel chce podejść, ale się waha. Uśmiechnąłem się krzywo, ocierając wierzchem dłoni krew z ust.
- Żyję, przyzwyczaiłem się już do tego, że organizm się buntuje przeciw mnie. - zrobię to. - popatrzyłem prosto w oczy walkirii Kane'a. Poczuła moje spojrzenie, ale nie odważyła się odwzajemnić go. - Ale mam jeden warunek.
- Jaki warunek? - spytał dajmon strażnika. Wiedział, że nie ma wiele do powiedzenia i musi spełnić moje żądanie. Inaczej odmówię.
- Udacie się do Świata i odnajdziecie dla mnie pewną osobę. Zgodzę się dopiero po rozmowie z nią - wszyscy popatrzyli na mnie z niedowierzaniem. Ale byłem zbyt pewny swogo, by mi się sprzeciwili. Zwłaszcza, że stanowiłem jedyną nadzieję dla ich pana.
- Wiesz, że im dłużej będziesz się bawił w kotka i myszkę, tym większe ryzyko będzie - Ogion popatrzył na mnie z mieszanką ciekawości i obojętnej precyzji naukowca.
- Wiem. Ale ryzyko jest również teraz, a na mnie ciąży pewna przysięga, której wolałbym nie łamać.
- Kogo mamy znaleźć? - spytał rzeczowo starszy smok. Wydawał się nie pamiętać naszego ostatniego spotkania. Albo po prostu potrafił uszeregować swoje wartości odpowiednio.
- Ma na imię Orobas i o ile się nie mylę, zajmuje się branżą rozrywkową pod pseudonimem RoUy gdzieś na zachodzie - powiedziałem spokojnie. Nawet Rakyo nie wiedział, o kogo chodzi. - Radzę uważać, jeśli zauważy, że jesteście stąd, a zrobi to na pewno.
- Dlaczego? Nie jesteśmy nowicjuszami, potrafimy się maskować - prychnęła walkiria, dając mi lekko do zrozumienia, że uraziłem jej duszę wojowniczki.
- Dlatego, że jest demonem. A konkretniej mówiąc, starszym bratem i mentorem Kagatha. Więc jeśli tylko będzie chciał, zatęsknicie za śmiercią - odpowiedziałem, ignorując zachowanie kobiety. Widziałem, że wszyscy popatrzyli na mnie z mieszanką niedowierzania i czegoś więcej.
- Kochanie, jesteś pewny, że...
- Jestem - urwałem. - Jeśli powiecie, że jesteście ode mnie, nic wam nie zrobi. Gdyby pytał, możecie powiedzieć, że prawdopodobnie spłacę mu swój dług.

Od Ogiona

-To niestety nie takie proste – powiedziałem.  – Ani przetoczenie zmodyfikowanej krwi, ani nawet transplantacja całego organu nic tu nie da. Tkanki, które zainfekował Lynenyth obumrą zaraz po odłączeniu od nosiciela...
- Skąd to wiesz? – zapytał Kari.
- Bo próbowałem w ten sposób ocalić swoją siostrę. Przysporzyłem jej tym tylko cierpień.
- Nie! – wrzasnęła Vicca.  – Musi istnieć jakiś sposób, musi! – zrobiła krok w moją stronę. Po jej policzkach spływały łzy. Patrzyła na mnie jak tonący patrzy na kogoś kto zabrał mu ostatnią nadzieję na ratunek. Remes chwycił ją i przyciągną do siebie.
- Uspokój się Vi. Znasz Kane’a pewnie niedługo się obudzi i będzie znowu wrzeszczał na cały świat – starał się trzymać szlochającą dziewczynę i dodać jej otuchy.
- Jest jeden sposób... – powiedziałem cicho. Bałem się sugerować coś takiego. Wszyscy spojrzeli na mnie, ale nikt nie odważył się nawet zapytać „jaki?”. – Możemy podzielić duszę demona, tylko w ten sposób będzie możliwe przetoczenie kodu genetycznego i ocalenie Kane’a.
- To niemożliwe! – Atrael patrzył na mnie jak na heretyka. – Podziały dusz są praktyką zakazaną. Nigdy żaden się nie udał. W stu procentach te praktyki kończyły się śmiercią obu istot.
- Nie w stu. Ja wielokrotnie dzieliłem swoją własną duszę. Kari ma jej fragment przy sobie.
- Ta fiolka... to... – powiedział Kari.
- Owszem, nie tyle moja krew, co fragment duszy.
- To naprawdę możliwe? – zapytała Normenel. W jej oczach tliła się nadzieja.
- Owszem, ale to po pierwsze bardzo ryzykowne. Jak wspomniała Atrael praktyki te kończą się zazwyczaj zgonem obu istot. Po drugie natomiast może mieć nieciekawe skutki uboczne.
- Jakie? – zapytał Rakyo.
- Po pierwsze dusza nawet podzielona będzie nadal duszą jednaj istoty. To oznacza, że jeżeli demon w Hebim się obudzi to i Kane będzie pod jego wpływem. Co daje nam nie jednego potężnego potwora, a dwa. Poza tym wyizolowanie jedynie duszy demona będzie bardzo trudne więc być może wraz z duszą demona Kane dostanie również okruch duszy Hebiego...
- Ale to oznaczałoby, że ich życia zostaną powiązane – stwierdził Atrael.
- Czyli jeżeli któremuś coś się stanie to drugi to odczuje? – zapytał Eirinn.
- Owszem – odpowiedziałem.
- To niedorzeczne! Nie możesz zrobić czegoś takiego! – zawołał Rakyo.
- Nie mogę o tym decydować to prawda. Szanuję ich oboje, ale żaden z nich nie jest mi bliski. Tę decyzję musicie podjąć wy.
- Nie zgadzam się... – zaczął młody smok.
- To chyba ja mam tu najwięcej do powiedzenia – usłyszeliśmy przytłumiony szept Hebiego.

niedziela, 28 lipca 2013

od Kariego

- Teraz najważniejsze, żeby oboje doszli do siebie - powiedziałem to akurat w momencie, gdy z łóżka Hebiego doszedł szelest. Rakyo był pierwszy na nogach, momentalnie podchodząc do łóżka chłopaka. Po twarzy bruneta przeszedł smukły cień bólu, a palce dłoni ścisnęły się w mimowolnym odruchu.
- Już, już, spokojnie. Wszystko jest w porządku - szeptał smok, chwytając delikatnie za dłoń chłopaka. Wiedziałem, że w tym momencie świat zewnętrzny przestał się dla niego liczyć, był tylko on i jego pan. Patrzeliśmy wszyscy w ciszy na ten obrazek. Sam nie wiem, dlaczego, ale obiecałem sobie w duchu, że jeśli ktoś jeszcze powie coś na tą dwójkę, to osobiście się do niego pofatyguję.
Ale Hebim mogłem się już przestać martwić, on już nie był nieprzytomny, a śpiący, co oznaczało, że przeszedł najgorsze. Bardziej jednak chodził mi po głowie Kane. Przyjął na siebie większość uderzenia demona.
- Rakyo, musimy porozmawiać - w końcu powiedziałem głośno i dosadnie, by wybić go z półtransu. - Na osobności - smok popatrzył na mnie zdziwiony. Nie on jeden.
- Co ty odwalasz, zasra... - zaczął smok Kane'a, ale moje spojrzenie nie pozwoliło mu dokończyć. Nie chciałem się z nim teraz użerać, a biorąc pod uwagę, że on był zmęczony walką, a ja dobrze wyspany, wiktoria byłaby po mojej stronie. Rakyo bardzo niechętnie odszedł od łóżka i podążył za mną.
- Nie chcę ci zabierać dużo czasu, więc będę się streszczał - powiedziałem, gdy znaleźliśmy się za ścianą. - Potrzebuję imiona tych syren. A przynajmniej jedno.
- Nic ci to nie da - smok nie był zdziwiony moim pytaniem, ale też nie miał do niego entuzjazmu. - Nawet, jak je odszukasz, nic się nie dowiesz.
- Dlaczego tak uważasz. Mam dużo możliwości wpływu...
- Nie żyją - smok urwał moją wypowiedź. - Poza jedną, ale ona jest ślepa i niema, nie pomoże ci, nawet gdyby jakimś cudem chciała. Cesarzowa jest zapobiegliwa - dopiero teraz odkryłem, że jego głos nie był bez emocji, jak wcześniej sądziłem. Kryła się w nim nienawiść, gardłowo brzęcząc pośród ochrypłych słów. Nienawiść do całego świata, że miał czelność tknąć jego świętość. Wiedziałem, że gdyby był choć cień szansy, że choć na chwilę Hebi się uśmiechnie dzięki temu, chłopak umarłby w najgorszy z możliwych sposobów. Nawet jako smoka, jego przywiązanie było nadzwyczajne, niezachwiane, bezwarunkowe i w pełni posłuszne, bez pytań, bez sprzeciwu, bez własnej woli. Nie byłem pewny, czy to dobrze, czy źle.
- W sumie... - zawahał się Rakyo, niepewny, czy mówić, czy nie. - To chyba znam sposób, jak możecie pomóc Kane'owi. Ale nie pozwolę wam tego zrobić, jeśli tylko będę miał jakikolwiek cień wątpliwości.
- Jaki sposób? - spytałem ostrożnie, by nie przygasić go swoim entuzjazmem. Podejrzewałem, że ma to coś wspólnego z Hebim i nadmierna emocjonalność wyraziłaby chęć poświęcenia chłopaka dla strażnika. Przynajmniej, w oczach Rakyo.
- Lymeryth jest połączony z Hebim poprzez serce... - zawahał się, ale bałem się mu przerwać. -... i tam trż jest krew, która jeszcze ma w sobie jego kod genetyczny. Kod, który chroni demona przed urazami zadanymi przez siebie samego.
- Czyli chcesz mi powiedzieć, że...
- Jedynie Lymeryth może go uleczyć. A jego wpływ na organizm kończy się tylko w obwodzie serca, dalej antyciała Hebiego niszczą obce geny, oczyszczając organizm z wszelkich ciał obcych - odpowiedział w końcu.
Gdy wszedłem do sali, wszyscy popatrzyli na nas podejrzliwie. Poaptrzyłem pytająco na smoka, prosząc o zgodę na powiedzenie wszystkim informacji. Skinął nieznacznie głową, podchodząc do łóżka śpiącego chłopaka. Gdy powiedziałem zgromadzonym, jak można uratować Kane'a, zapadła cisza. W końcu przerwa ją Ogion.

Od Ogiona


Poczułem, że zła energia opuszcza Hebiego. Po karku spływał mi pot. Walka z mocą bestii wymagała sporego wysiłku mentalnego. Zaklęciem wygasiłem smoczy ogień. Obie bestie wylądowały i próbowały dojrzeć coś przez gęsty dym. Zbiegłem na dół. Hebi leżał dalej spętany moim zaklęciem. Neutralizacja zaklęci nie była łatwa. Ukląkłem ze zmęczenia. Brakowało mi mocy.
- Kane?! – usłyszałem paniczny krzyk kobiety. To był anielica Normenel. Za nią biegł Kari, Eirinn i Vicca. Smoki też przybrały już ludzkie postaci.
- Wezwijcie Atraela! – zawołał ktoś. Po chwili przyleciał medyk cesarski. Podbiegł do Hebiego i otoczył go jasną aurą.
- Nie mogę tego uleczyć! – wrzasnęła ruda anielica panicznie.
- Pozwól... – Atrael ukląkł obok strażnika. Na jego czole ukazały się kropelki potu, ale mimo jego prób rany strażnika nie wyglądały nawet odrobinę lepiej.
- Co się dzieje? – zapytał Kari spoglądając na przerażoną minę anioła.
- To... To ten sam rodzaj energii, który zranił Uminathriel. Nie mogę tego wyleczyć – w jego głosie pobrzmiewała panika. – Zabierzcie go ostrożnie.
Remes i Eirinn wykonali polecenie, ostrożnie unieśli swego pana.
Usiedliśmy w sali szpitalnej. Atrael i Normenel wciąż czuwali nad stanem Hebiego i Kane’a.
- Rakyo siedział z udręczoną miną spoglądając wciąż w stronę swego kochanka.
- To efekt syreniego śpiewu... – bardziej stwierdziłem niż zapytałem. Większość spojrzała na mnie jak na wariata, ale w oczach obu aniołów i Rakyo znalazłem zrozumienie moich słów.
- Tak... – wyszeptał.
- Kto?
- To... Ja nie powinienem mówić czegoś takiego... Nie głośno... – chłopak bał się. Tym bardziej przy, jakby nie patrzeć, sporej widowni.
- Każdy, kto nie pragnie mieszać się w sprawy polityczne proszę aby opuścił to pomieszczenie – powiedziałem. Odezwał się w mnie dawny władca, znający cenę wiedzy.
- Nie mam zamiaru się stąd ruszyć! – warknął Remes. – Jestem wierny Kane’owi, a jeżeli on jest w stanie położyć swoje życie za chłopaka to chcę wiedzieć dlaczego! – w twarzach Eirinna, Viccy i Normenel odnalazłem tę samą pewność.
- Ja także nie mam zamiaru się stąd ruszać. Nie pozwolę skrzywdzić dziecka – powiedział Atrael. Kari spojrzał na niego dziwnie, ale zaraz odwrócił wzrok, było jasne, że on też się stąd nie rusza.
- Mów – zwróciłem się do młodego smoka.
- To cesarzowa. Uknuła spisek z syrenami. Odprawiły jakiś rytuał na Gouamama. Katalizatorem jest alkohol. Etanol zmienia się ze związku chemicznego w pierwiastki, które pobudzają świadomość demona.
- Gdzie? – zapytała Vicca.
- To maleńka wysepka, której nawet nie ma na mapach – wyjaśniałem. - Ale po co to zrobiła? – zapytałem, nie mogłem pojąć, jak ktoś może tak skrzywdzić inną istotę, do tego dziecko.
- A jak myślisz? Cesarzowa chciała się go pozbyć. Sądziła, że Hebi wpadnie w szał, a ktoś go zabije. Wtedy nie potrzebowaliby przecież wyroku ani zgody senatu. Byłby zagrożeniem, które trzeba zlikwidować... – głos smoka się załamał. – Gdyby Kane nie spoił go tym alkoholem...!
- Kane o niczym nie wiedział! Nikt nie wiedział! Sądzisz, że Kane pozwoliłby na coś takiego? Gdybyście mu powiedzieli to kazałby zamykać wszystkie lokale i browary na drodze Hebiego! – powiedziała Normenel.
- Spójrz co on mu zrobił! Te wszystkie sińce! – warknął smok przyglądając się udręczonym wzrokiem chłopakowi.
- Zamknij się! – warknął Eirinn. Młodszy ze smoków usłuchał choć niechętnie. – Kane uratował mu życie i to być może kosztem swojego własnego. Nie waż się go więcej oczerniać, bo spłoniesz.
- Proszę o spokój! – powiedział Kari. – Teraz najważniejsze, żeby oboje doszli do siebie.

Od Kane'a


- Shrik! – warknąłem, kiedy chłopak urwał gwałtownie i złapał się za głowę. Tygrys stanął przy mnie warcząc i jeżąc sierść, równie uważnie jak ja spoglądał jak chłopak prostuje się. Dzieciak spojrzał w moją stronę, jego oczy były całkowicie srebrne, bez białek czy tęczówek, źrenica przypominała natomiast cienką szparę. Uśmiechnął się dziko i wyciągnął dłonie w moim kierunku. Uskoczyłem ale nie całkiem. Fale energii cisnęła mnie na ścianę, natomiast w miejscu, w którym przed chwilą stałem była spora dziura. Pozbierałem się migiem i skoczyłem w kierunku moich rękawic z dwimerytu. Tym razem dziękowałem w duchu za swoje lenistwo i że nie odniosłem ich do zbrojowni. Dajmon w tym czasie odwrócił uwagę potwora, bo tym teraz był Hebi.
Do pokoju wpadła Vicca.
- Co się...? – zapytała. Potwór zaczął obracać się w jej stronę, ale wymierzyłem mu solidny cios w szczękę. Hebi to jutro poczuje, ale nie miałem lepszego sposobu na skierowanie jego uwagi w moją stronę.
- Gówno, jeśli nie widać! – warknąłem dbając o to, żeby demon skupił na mnie wzrok. -  Zabierzcie z Remesem ludzi z okolicy! Migiem!
Vicca wybiegła. Ja natomiast skoczyłem w kierunku wyrwy w murze. W samą porę bo posypała się za mną kolejna partia gruzu. Jak to dobrze, że miałem kocią zwinność i potrafiłem lądować nawet ze sporych wysokości. Hebi tez wylazł za mną pędząc w moją stronę z tym swoim przerażającym uśmieszkiem. Pobiegłem  w stronę ogrodu, tam było sporo miejsca na wszelkiego rodzaju potyczki.
Biegłem alejką uciekając przed kolejną falą energii, kiedy wpadłem prosto na Irezaję, Kaelusa, Ogiona i trzy wilkołaki.
- Wypad stąd! Migiem! – warknąłem. Nie wiedzieli co się stało i nie zareagowali od razu.
- H...Hebi? – zapytała Irezaja widząc idącego ku nam potwora.
- To nie... – urwałem i skoczyłem w kierunku dziewczyny. Odepchnąłem ją w ostatniej chwili, ale sam oberwałem. Żebra zabolały, ale mimo to podniosłem się błyskawicznie. – Kael! Zabierz ją stąd!
Anioł bezzwłocznie wykonał moja polecenie.
- Merrk! – warknął nekromanta. Z portalu w niebie wyleciał drakolicz. Do kościanego smoka wkrótce dołączyły swa następne. Jeden biały, to był Rakyo, drugi czarny i zdecydowanie większy, Eirinn.
Shrik okrążył Hebiego i skutecznie mylił go, zwracał jego uwagę po to by z gracją uskoczyć.
- Potrzebuję czasu na zaklęcie wiążące. Tego stwora nie można spętać tak łatwo – powiedział nekromanta.
- Rób co musisz ja zwrócę na siebie jego uwagę. Eirinn! Zróbcie nam tu krąg ognia! – warknąłem. Oba smoki zabrały się do dzieła i wkrótce zamknęły mnie Shrika i Hebiego, w kręgu płomieni. Musiałem kupić dla Ogiona dość czasu.
Ruszyłem na potwora. Uskakiwanie przed ciosami zaczęło mi sprawiać trudności, tym bardziej, że żebra miałem najprawdopodobniej połamane.
- Cholerny Kane! Po co się wtrąca?! Po co chce wiedzieć?! – warczałem sam do siebie. – Najlepiej zataić wszystko co ważne tylko po to, żeby Kane i wszyscy po drodze zarobili po dupie! – znów dostałem. Tym razem atak był inny i wiązki energii pocięły mi skórę na lewej ręce i częściowo na piersi. Hebi zaśmiał się dziko czując zapach krwi. Energia wokół niego szalała. Z nieba zaatakował smok Ogiona.
- Nie!! – wrzasnąłem i rzuciłem się w kierunku bestii. Nie miałem zamiaru pozwolić, żeby Hebiemu stało sie coś poważnego. Drakolicz rozproszył się. Ta chwila nieuwagi mogła sporo kosztować kościeja, ale na całe szczęście Shrik wskoczył z  impetem na Hebiego powalając go na ziemię. Wściekły demon rzucił tygrysem jak szmacianą lalką. A w moją stronę posłał kolejną falę energii. Znowu ledwo udało mi się uskoczyć, żeby nie zebrać pełnej siły uderzenia. Upadłem jednak. Hebi podszedł do mnie. Shrki czuł, że słabnę, on także opadał z sił. Kiedy myślałem, że juz po mnie świetlista poświata zamknęła się wokół Hebiego. Demon zawył wściekle. Zaczął szamotać się. Wiedziałem, że jeżeli potrwa to wystarczająco długo to rozerwie więzy. Ostatkiem sił wstałem i wyciągnąłem z kieszeni piersiówkę. Miałem nadzieję, że to podziała. Wlałem całą zawartość buteleczki do ust Hebiego i silnym chwytem zamknąłem mu usta, żeby wszystko połknął. Prze zdłuższą chwilę nic się nie działo. Opadłem na ziemię czując jak coraz gorzej mi utrzymać przytomność, a Hebi powoli przełamywał zaklęcie Ogiona. Nagle jednak chłopak przestał się szamotać i zwiodczał. Mnie także ogarnęła ciemność.

od Hebiego

Nie było aż tak źle, jak przypuszczałem. Nie oznacza to, oczywiście, że było źle. Wróciłem wyprany z jakiejkolwiek energii. Zarówno alkohol, jak i kobiety... skromne inaczej... nie wpływały dobrze na moje samopoczucie. Na szczęście Rakyo znał mnie na tyle, by wiedzieć, że nie mam siły nawet na zdawkową dyskusję, więc nie pytał, tylko zsunął mi się z łóżka. Byłem mu za to wdzięczny, choć nie podobało mi się, że postanowił ZUPEŁNIE się z niego usunąć i spać na fotelu. Ale nie miałem siły się kłócić.
Obudziłem się późno jak na swoje standardy, słońce już dawno stało wysoko na niebie.
- Jak minął sen? - spytał Rakyo, gdy spostrzegł, że mam otwarte oczy.
- Lepiej, niż mógłbym przypuszczać. Podasz mi szklankę wody? - poprosiłem. Smok popatrzył na mnie z jednoznaczną miną.
- Piłeś?
- Trochę - przyznałem. - Niezbyt mnie do tego ciągnęło, jak się domyślasz - wbrew temu, co mówił Kane, jego cudowny alkohol przypominał o swojej wczorajszej wizycie. - Nie myśl o niczym głupim - dodałem, widząc minę Rakyo. Ten tylko westchnął.
- Dobrze wiesz, że nie zostawię spokojnie faktu, że ktoś cię zmusza do picia alkoholu. Wiem, jaki masz do niego stosunek po TYM - nic nie odpowiedziałem.
Gdy w końcu wyszliśmy z komnat, nie mieliśmy większego celu i dopiero po pół godziny zauważyłem, że włóczymy się bez celu, idąc trasą, którą jako dziecko pokonywałem biegiem podczas ćwiczeń. Wszelkie przeszkody nie do przejścia były teraz jedynie nieco irytującymi nierównościami terenu.
- No, kogóż to ja widzę! Jak ja dawno nie widziałem tak zakochanych w sobie gołąbków - tak, to był Kane. Jak zwykle uprzejmy.
- Daruj sobie - machnąłem ręką i chciałem iść dalej, ale Rakyo syknął.
- Słuchaj, mam gdzieś, czy jesteś strażnikiem, cesarzem, czy inną świętą krową, ale jeśli chcesz mieć przeciwko sobie wszystkie cesarskie, jakie kiedykolwiek spotkasz, to graj tak dalej - w jego głosie brzmiała prawdziwa groźba. Wiedział, że nie ma szans na wygraną w pojedynku, ale wizja całej rasy przeciwko jednemu człowiekowi była czymś, co mógł wysunąć jako blisko spokrewniony ze starszymi królewskich, a było wystarczającym powodem, by nawet Kane zaczął się obawiać o siebie. Wiedziałem, dlaczego tak zareagował.
- Co ty znowu tam pieprzysz, szczeniaku? Radzę ci schować ten wyszczekany ozór, bo przestanę być miły dla waszej dwójki.
- Wątpisz, ze mogę nastawić wszystkie klany przeciw tobie? Tylko spróbuj, moja śmierć tylko w tym pomoże. Jeszcze jeden raz twoja łapa będzie mieszać z Hebim i alkoholem, a pożałujesz tego do końca usranego życia - wiedziałem, że był śmiertelnie poważny.
- Rakyo! - syknąłem, ciągnąc go do tyłu. - Dosyć tego. Powiedziałem, że nic mi nie jest.
- Ale nie zaprzeczysz, że TO się odbiło na twoim zdrowiu. A jeśli nie już, to niedługo. Wiesz, co się stanie. Jak możesz tak spokojnie podchodzić do tego, że ten chol... - nie dałem mu dokończyć.
- Spokój powiedziałem! Lepiej znam swoje możliwości i jeśli mówię, żebyś o czymś zapomniał, to masz to zrobić. Umiem się o siebie troszczyć. Zachowujesz się jak Kane - wiedziałem, że w tym momencie przesadziłem. Ale słów nie można cofnąć.- Przepraszam... - wymamrotałem. - Po prostu trochę przesadzasz. Nawet, jeśli TO ma się na mnie zemścić, zrobiłem to dobrowolnie. To mój wybór, tylko mój.
- O czym wy, do kurwy nędzy zaś pierdzielicie, jeśli można wiedzieć - Kane patrzył na nas z mieszanką rozbawienia kłótnią i niekrytą ciekawością z odrobiną podejrzliwości.
- To chyba nie jest rozmowa, którą powinniśmy przeprowadzić tutaj - westchnąłem. wiedziałem, że nie mam możliwości odwrotu i muszę Kane'owi wszystko wyjaśnić. Poniekąd, należało mu się to.

- Więc? - spytał zniecierpliwiony Strażnik, gdy dotarliśmy do jego komnaty. Zawahałem się. Gdybym tylko mógł, uciekłbym z pola bitwy, nawet kosztem honoru. Ale tu chodziło o coś więcej...
- Słyszałeś o syrenim śpiewie? - spytałem po chwili nieznośnego milczenia. Kiwnął głową. - Jaką wersję znasz? Oficjalną, czy prawdziwą? - popatrzyłem uważnie na strażnika.
- Jaką znowu ci oficjalną i prawdziwą? Słyszysz swoje wszystkie sekrety i poznajesz prawdziwego siebie, nic tu do gadania - jak podejrzewałem.
- Czyli tą oficjalną. Szczerze mówiąc, mam lekką satysfakcję z faktu, że nawet wielki Kane nie wie wszystkiego - dajmon prychnął tylko. - A prawdziwa wersja jest taka, że to tylko pierwszy stopień syreniego śpiewu. A są ich trzy. Drugi stopień wyciąga wszelkie twoje strachy i wprowadza w paranoję, każąc ci widzieć zagrożenie wszędzie. Jeśli się boisz pszczół, nie wejdziesz nawet do ogrodu, a lato spędzisz całe w domu. Jeśli to jakieś morskie stworzenia, będziesz miał problemy nawet z tym, żeby sie umyć. Innych przykładów nie chce mi się wymyślać, wiesz, o co chodzi - Kane kiwnął głową. - Trzeci przestaje działać tylko w psychice... a właściwie dopiero on zaczyna DZIAŁAĆ. Budzi alter świadomość, jaką tylko wyśpiewają syreny. To coś jak dzieło kreacji, zupełnie nowa świadomość, bez materii, rezydująca niczym pasożyt w umyśle swojego nosiciela. Każdy taki nowotwór żywi się czymś innym, jest niezniszczalny i w ułamku sekund potrafi przejąć zupełną kontrolę nad swoim żywicielem. To coś takiego, jakby zamknął świadomość właściciela ciała w klatce i sam zaczął je używać - przerwałem. Nie sądziłem, że będę musiał kiedykolwiek komuś o tym mówić. Zwłaszcza w takich okolicznościach.
- A co to do cholery ma wspólnego z to... - Kane nie dokończył, bo zrozumiał. Nastała cisza, przerywana jedynie moim przyspieszonym oddechem i biciem serca łomoczącym w uszach. Traciłem powoli panowanie nad sobą. Wiedziałem, że się zaczęło. miałem tylko teraz nadzieję, że zdążę dokończyć wszystko, zanim będzie za późno.
- Lymeryth jest demonem zagłady, bezwzględny i okrutny. Nie stanie nawet wtedy, gdy ciału będzie zagrażała śmierć lub zupełna destrukcja. Puki tylko będzie mógł nim poruszać, nawet jako truchło, przeżarte, spalone, czy zgniłe, póty będzie mordował, jego chęć krwi się nie skończy. Jedyne, co go zatrzyma, to to samo, co go budzi - alkohol. Ale nie trać czasu. Musisz go powstrzymać, nawet gdybyś miał mnie przy tym zabić. Stawka jest za... - krzyknąłem, czując palący ból w sercu. Upadłem na ziemię, ale nie poczułem już zimnego dotyku posadzki. Zdążyłem tylko usłyszeć krzyk Rakyo, wymawiającego moje imię w przerażeniu.
Ogarnęła mnie fala płomieni. Wyczuwałem wielką obecność, karmiącą się moim bólem i przerażeniem. Byłem bezsilny. Zemdlałem. Na duchu, moje ciało już nie było moje, nie miałem pojęcia, co się z nim działo...