Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Hebi. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Hebi. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 29 sierpnia 2013

Od Kane'a


Wpadłem do rezydencji jak burza. Strażnicy czmychali przede mną gdzie pieprz rośnie. Byli gotowi na ściany się wdrapywać byle zejść mi z drogi.
- Gówno mnie to obchodzi jak, ale macie coś znaleźć! Cokolwiek, co doprowadzi nas do dziewczyny! – warczałem wściekle, a Shrik mi wtórował. - Choćbyście, kurwa mieli każde ziarenko piasku obejrzeć, to ją znajdziecie! Jak nie to wam wszystkim łby poobrywam i przyprawię do tyłków!
- T... Tak jest! – usłyszałem.
Remes przywołał swojego orła i oboje próbowali wytropić ślad magiczny portalu.
Scaliłem się z tygrysem i ruszyłem do komnat Hebiego, jego pomoc mogła być przydatna. Tym bardziej, że potrzebne mi teraz było trochę jego spokoju.
- Młody, potrzebuję cię natych...- wrzasnąłem wchodząc do pokoju dzieciaka i urwałem, bo moim oczom ukazał się dość niedwuznaczny obrazek. No to młody się wścieknie. No nic, później się pobawią ogonkami. - Ubierz się, potem idziecie ze mną – stwierdziłem i odwróciłem się. Na co ja na co, ale na dwóch mizdrzących się młokosów patrzeć nie miałem zamiaru.
- Dzięki – usłyszałem, kiedy szliśmy do mojej rezydencji. Byłem nieźle zdziwiony. Raczej stawiałbym na kolejny napad furii i wyrzut, że dzieciakowi przeszkadzam w zabawie, a tu proszę. Nie miałem jednak nastroju się nad tym zastanawiać.
W rezydencji dowiedzieliśmy się tyle, że Remes znalazł niewielki ślad magiczny portalu, ale potrzebuje czasu, żeby go wytropić. Irweth, Kinian i JAM mieli mu pomóc.
Wyszedłem ukradkiem i wdrapałem się na dach. Czułem się źle. Chociaż „źle” to nie było dobre określenie. Byłem wyczerpany psychicznie.  Wściekły, że ktoś ośmielił się wejść do mojego domu i porwać dziewczynę, za bezpieczeństwo której byłem odpowiedzialny. Na dodatek rozmowa z Normenel też odbiła się nie za dobrze na moim stanie emocjonalnym.
Położyłem się z jękiem na dachówkach i przycisnąłem dłonie do oczu. Dawno nie czułem się tak bezsilny. Usłyszałem jakiś szelest, ale nie miałem siły nawet się podnieść i sprawdzić kto to.
- Wszystko ok? – to był Hebi. Kto by pomyślał, że usłyszę takie pytanie z jego ust. Pomyśleć, że dzieciak mnie jeszcze niedawno nie znosił.
- Nie. Nic nie jest, kurwa, ok... – wymamrotałem. – Dziewczynę porwali i to sprzed nosów moich ludzi, z mojego domu. Jak się dowie senator jeszczurzyca to będzie panika. Dowiedziałem się, że zostanę ojcem, a na domiar złego nawet spić się, do cholery, nie mogę....
- Chwila... Jak to „ojcem”? – zapytał chłopaka, no tak reszta go mało obchodziła za to ten szczególik bardzo.
- Wiem, że gustujesz w chłopcach, przynajmniej na jawie, ale nie sądziłem, że będę ci musiał tłumaczyć skąd się biorą dzieci... – skwitowałem.
- Nie o to mi chodzi – mruknął Hebi.
- Wiem, ale wolałbym, żeby o to ci chodziło...
- No to kim jest ta nieszczęsna dziewczyna? – zapytał po chwili. Spojrzałem na niego spod byka rozważając zrzucenie go z dachu.
- To Normenel – powiedziałem. Chłopak wytrzeszczył oczy w niedowierzaniu.
- Nieźle... – zaśmiał się. - Chociaż nie wiem, dlaczego mnie dziwi, że do niej też się dobrałeś... – dodał po chwili.
- To nie był mój pomysł – wyjaśniłem. Na twarzy chłopaka malował się jeszcze większe zdziwienie niż poprzednio. Sapnąłem tylko gniewnie.
- No cóż... Teoretycznie znam takich co się do roli ojców nadają jeszcze mniej niż ty, a mimo to nimi są – powiedział młody. Spojrzałem na niego z ukosa.
- Nie wiem, czy powinienem się cieszyć, że uważasz, że jest ktoś gorszy niż ja, czy z miejsca cię udusić za porównywanie mnie do starego...
- Cieszyć – odpowiedział szybko. -  I wyluzuj troszkę, bo czuję się przez ciebie okropnie.
Westchnąłem i położyłem się z powrotem. Shrik wylazł i położył się obok mnie. Nerwowo poruszał ogonem i powarkiwał. Moje emocja aż za bardzo go nakręcały. Czekała mnie jeszcze mało przyjemna rozmowa z Viccą. Ale wolałem, żeby dowiedziała się ode mnie. Przynajmniej był cień szansy, że walkiria nie wywinie nic głupiego. Nie byłem pewien, czy jako demon mogę mieć migrenę, ale miałem coś bardzo podobnego, bo łeb bolał mnie coraz bardziej.

od Hebiego

Mimo moich oczekiwań, walka z Albionem wyszła mi na dobre. Jego mina, gdy jednym szybszym pchnięciem powaliłem go na kolana była bezcenna. Wcześniej kilka razy musiałem naprawdę mocna hamować, by nie wykończyć go od razu.
Gdy wszedłem do pokoju, Moon układał coś w szafie. Ziewnąłem przeciągle, kładąc się na łóżko.
- Panie – wampir się zawahał.
- Nie bój się, chwilę słabości miałem wcześniej.
Ostatecznie, jestem monogamistą – uśmiechnąłem się. Moja wypowiedź wyraźnie rozluźniła chłopaka.
- Czyżbym o czymś nie wiedział, kotku? – z balkonu do pokoju wszedł Rakyo.
- Ty już? Ale przecież… - przerwałem, gdy zorientowałem się, jak to brzmiało. – Nie, żebym miał coś przeciwko – uwiesiłem się smokowi na szyi.
- Oczywiście, że nie masz. Innego wyboru ci nie daję – zaśmiał się Rakyo. – A można wiedzieć, co cię natchnęło na zimową szatę? – przeczesał moje włosy.
- Powiedzmy, że mała potrzeba ducha – wymruczałem mu do ucha i pocałowałem w szyję. Smok zamruczał zadowolony i już po chwili oboje leżeliśmy na łóżku, a Moon dziwnym trafem zniknął.
- Wiesz, chciałbym wiedzieć, czemu mnie Kane wyrzucił stąd – Rakyo uśmiechnął się niczym zdobywca, gdy moja bluzka znalazła się w kącie pod oknem.
- Nie drąż tematu, proszę – pocałowałem go w usta, chcąc odciągnąć od tego. Ku mojego zdziwieniu, smok odsunął mnie od siebie delikatnie.
- Ja jednak chcę wiedzieć. Paskuda nie wtrącałaby się, gdyby to nie było coś poważnego. Hebi, proszę - Rakyo przejechał palcem po linii mojego mostka.
- Ale ja... - w tym właśnie momencie ktoś bezceremonialnie otworzył drzwi z wielkim hukiem.
- Młody, potrzebuję cię natych...- Kane w progu nie dokończył, bo zorientował się, w jakiej sytuacji nas zastał. - Ubierz się, potem idziecie ze mną - Strażnik odwrócił wzrok. Bylem pewny, że widzę rumieńce na jego policzkach. Rakyo zszedł ze mnie z zawiedzioną miną. Nie miałem cienia wątpliwości, że chodziło mu o straconą okazję do wyciągnięcia ode mnie informacji, a nie seks. Gdy w końcu miałem z powrotem na sobie bluzkę, wyszliśmy w trójkę. Póściłem Rakyo przodem.
- Dzięki - wymruczałem na tyle cicho, by usłyzał mnie tylko Kane. Demon popatrzył na mnie zdziwiony, a ja uśmiechnąłem się wymijająco, poprawiając wstążkę we włosach.

środa, 28 sierpnia 2013

Od Kane'a

Dzieciak zgodził się towarzyszyć mi w spuszczaniu łomotu cesarskiej pomyłce. I dobrze, niech się chłopak trochę rozerwie. Shrik powlókł się za nim. Nie miałem juz siły do tej bestii i do jego nowoodkrytych instynktów. I tak robił co chciał, a teraz przynajmniej był spokojny i nie musiałem zawracać sobie dupy użeraniem się z nim i praniem go na każdym kroku.
Ruszyłem w stronę sali treningowej. To co tam zobaczyłem przyprawiło mnie o ból głowy. To czego się uczyło młodych ludzi było jakąś kpiną. Zero w tym finezji, czy jakichkolwiek faktycznych umiejętności. Ale to nie była moja sprawa. Ja miałem się zająć bezmózgim szczylem, którego Ottawa zapewne niczego nie nauczył. Niedźwiedź był zawsze leniwy i wypełnianie obowiązków przychodziło mu z największym trudem. Miałem nadzieję, że nauczył chociaż bachora jak trzymać miecz, albo lepiej nie, niech się pieprzony szczeniak sam pochlasta, mniej roboty dla mnie a widowisko i tak niezłe.
Podszedłem do blond debila. Tuż za nim stał nie kto inny, jak Lorrem. No oczywiście, przecież jemu też miałem spuścić łomot w ramach treningu. Westchnąłem, a raczej warknąłem, przeciągle. Widok tej dwójki razem działał na mnie jak płachta na byka.
- Panie... – jaguar zniżył głowę. Blond kretyn obrzucił mnie spojrzeniem, w którym było tyle samo pogardy co strachu. Najwyraźniej pamięć kretyna nie była, aż tak słaba jak zakładałem i pamiętał doskonale przed czym uratowało go wejście Hebiego.
- Poczekamy sobie na kogoś jeszcze.... – oznajmiłem i posłałem Abilionowi groźny uśmieszek.
- Kogo? – warknął.
- Nie przypominam sobie, żebym pozwolił ci podnosić na mnie głos... – syknąłem. – A czekamy na Hebiego...
- Na...?! Co?! – wydarł się debil. Zmierzyłem go wściekłym spojrzeniem i usiadłem po turecku na ziemi. Wyrocznio daj mi cierpliwość, bo zaraz mu wyrwę łeb razem z płucami. Na dodatek idiota zaczął łazić wokół mnie i machać wściekle łapami. Co to kurwa? Przedszkole? Westchnąłem przeciągle. W takich chwilach moja cierpliwość była wystawiana na bezwzględne próby.
Kiedy Hebi się zjawił i zobaczył ten piękny obrazek, niemal parsknął śmiechem. Pewnie też bym to zrobił gdyby nie to, że musiałbym przy tym zaciskać dłonie na szyi blond debila.
Abilion zesztywniał na widok Hebiego, obrzucił go zdziwionym i pogardliwym spojrzeniem, ale nic się nie odezwał. Jaguar natomiast się mu pokłonił.
- No to jesteśmy w komplecie.... – mruknąłem i wstałem. – Wynocha!! – warknąłem na wszystkich innych obecnych w sali. Kilka osób uciekło od razu inni spojrzały na mnie zdezorientowani.
- Ale panie Kane... – zaczął jeden z nauczycieli, o ile dla tego partacza można było tak nazwać.
- Powiedziałem spieprzać, trzeci raz nie powtórzę.
- T...tak... oczywiście -  w mgnieniu oka sala opustoszała.
- No to do dzieła – powiedziałem i poprawiłem swoje rękawice z dwimerytu.
- Masz zamiar ich użyć...? – zapytał Abilion. Lorrem też spojrzał na mnie dziwnie i z niepokojem.
- To nie piaskownica, a okładanie się drewnianymi mieczykami to nie moje klimaty. Nie martw się, buźkę ci może oszczędzę... W końcu nic oprócz tego wygłaskanego pyska nie masz do pokazania – na tę uwagę blond debil, aż się zapowietrzył. – Przywołaj dajmona – zażądałem od Strażnika. Zrobił to bezzwłocznie. Usłyszałem za sobą powarkiwanie Shrika, które było śmiechem. Jeguar wyglądał bowiem przy nim jak pchła. O ile Shrik miał wysokość niedużego konia, od którego był dłuższy i o wiele lepiej zbudowany, to dajmon Lorrema miał rozmiar przeciętny nawet jak na zwykłe zwierze. Podejrzewałam, że ten pojedynek będzie bardzo krótki.
- Możemy zaczynać? – spytał  Hebi i wyciągnął sakabę.
- Trzeba był wziąć porządną zabawkę – skwitowałem.
- Ta mi wystarczy – oznajmił. Abilion skwitował to parsknięciem i wziął ze stojaka obosieczny, długi miecz.
- No to bitwę czas zacząć. Nie ma lepszego sposobu na nauczenie się walki, niż dbanie o własną skórę.... – zaśmiałem się. Stanęliśmy z Hebim ramię w ramię naprzeciw pozostałej dwójki. Shrik natomiast przyglądał się z pogardą cętkowanemu kotu.
Zaatakowałem pierwszy. Zbrojoną rękawicą rąbnąłem młodego Strażnika w szczękę. Aż mu fryzurkę popsułem, ależ wielka szkoda, będzie musiał spędzić kolejne kilka godzin na układaniu jej. Było mi go niemal żal. Hebi natomiast skrzyżował ostrze z kretynem. Blond debil był silniejszy więc młody musiał odskoczyć, żeby nie zraniło go jego własne ostrze. Shrik bawił się z jaguarem w kotka i myszkę i uskakiwał ze śmiechem, gdy mniejszy kot próbował go atakować.
Walka sprawiała mi sporo przyjemności, tym bardziej, że okazało się, że połączenie dusz miało dodatkowy skutek. Ja i Hebi poruszaliśmy się równo i uzupełnialiśmy się wzajemnie. Chociaż nie walczyliśmy nigdy ramię w ramię to teraz robiliśmy to jakbyśmy to ćwiczyli. Spojrzałem na dzieciaka i skinąłem głową, że czas to kończyć. Trzy szybkie ciosy i Lorrem leżał na ziemi plując krwią, Hebi zdzielił Abiliona rękojeścią mierząc w kark i podciął mu nogi pięknym piruetem, a Shrik przycisnął jaguara do ziemi warcząc wściekle.
- No, to by było na tyle – podsumowałem i ruszyłem do wyjścia. Hebi podążył za mną. - I jak młody? Było warto?
- Było... – uśmiechnął się słysząc jęk wstającego z posadzki blond debila. Muzyka dla uszu.
Młody poszedł do siebie się ogarnąć, ja też ruszyłem w stronę swoich kwater. Ledwo usiadłem, a usłyszałem pukanie do drzwi.
- Wejść.
Do pokoju weszła Normenel. Była dość blada.
- Coś sie stało skarbie? – zapytałem wstając. Podszedłem do niej, a ona zadrżała jakby chciała się cofnąć. W pierwszej chwili pomyślałem o swojej demonicznej aurze, która jakby nie patrzeć mogła źle reagować z czystym światłem Normenel.  Odsunąłem się więc nieco.
- Kane... Ja muszę z tobą porozmawiać... – wyszeptała.
- Usiądź... – poprosiłem. Zrobiła to. Przez chwile milczała. Była zdenerwowana i to bardzo.
- Ja... Jestem w ciąży – wypaliła jednym tchem. Przez chwilę nie zrozumiałem o czym mowa. Patrzyłem na nią chyba dość tępo.
- Gratulacje – wypaliłem. Nie wiedziałem dlaczego przychodzi z tym do mnie. Dziewczyna spojrzała na mnie znacząco. Nagle poczułem się jakby ktoś zdzielił mnie obuchem. Chwila. Normenel w ciąży... ale to... niemożliwe... spaliśmy ze sobą tylko raz... – Chcesz powiedzieć, że to... że ze mną? – wykrztusiłem.
- Z nikim innym nie byłam od... dość długiego czasu... – wyszeptała i skuliła się.
Oparłem się o biurko z ciężkim westchnieniem. To był, szok, lekko mówiąc. Ja ojcem? No takich rewelacji to jeszcze nie było. Nie miałem pojęcia co miałem zrobić. Otrząsnąłem się i podszedłem do Normenel. Dziewczyna się bała i to porządnie. Nie wiem dokładnie czego. Że co niby? Odtrącę ją? Zostawię? Jak mogło jej to przez myśl przejść.
- Nic się nie bój.... – wyszeptałem tuląc ją do siebie, chociaż sam byłem nieźle przerażony. – Jakoś to wszystko będzie....
- Naprawdę nie jesteś zły...? – zapytała. Byłem, ale na siebie , nie na nią. Jeżeli ktoś był za to odpowiedzialny to ja. Trzeba było to przyznać. Dziewczyna rozszlochała się. A ja starałem się ją uspokoić.
Nagle ktoś wpadł do mojego biura jak do obory. Wstałem warcząc wściekle, to był jeden ze strażników rezydencji.
- P..Panie... panienka Irezaja... została porwana... – wycharczał.
- Że co?! – warknąłem i chwyciłem go brutalnie. Potrząsnąłem nim i rzuciłem. – Za co ja wam skurwiele płacę!?
Wybiegłem z biura kierując się do rezydencji.

od Hebiego

- To nie jest dobry pomysł... - nie byłem zachwycony propozycją Kane'a. Po pierwsze, nie chciałem tracić obecnego stanu umysłu, a mój kochany braciszek był jednym na najlepszych, o ile nie najlepszym, środkiem alergennym dla mnie w całym Kontraświecie. A po drugie, gdyby coś się stało, na prawdę nie ręczę, że bym go nie zabił. I to bez najmniejszych wyrzutów sumienia.
- Oj, no przestań. Jak odrąbiesz łeb paskudzie, Kontraświat będzie ci niewymownie wdzięczny - Kane bezbłędnie odczytał mój wyraz twarzy.
- Skoro się upierasz... ale jak tylko zacznie skakać za wysoko, ja wychodzę. Nie można marnować darów uświęconej natury. Poza tym, daj mi chwilę, muszę się jakoś przebrać i ogarnąć, bo wyglądam jak jakaś kapłanka czystości. Kane tylko prychnął, więc przyjąłem to za zgodę.
Wyszedłem, a Shrik za mną. Nie widziałem, by Strażnik wydał mu takie polecenie, ale też nie protestował.W pokoju panowała zupełna cisza, jeśli nie liczyć szelestu firanek, falujących pod wpływem wiatru. Było to niemal przytłaczające, zbyt puste. Poczułem ocierającego się o moje biodro Shrika, podrapałem go delikatnie pod brodą.
- Poczekaj tu na mnie chwilę - powiedziałem do niego i wszedłem do swojej garderoby. O cudo nie zgubiłem się w niej, a to, co na siebie włożyłem było nawet kompletne i pasujące do siebie. Zielona bluzka w orientalnym stylu i pasujące do tego spodnie związywane na dole, wysokie, jasne buty pseudo-jeździeckie oraz delikatna, żółta narzuta. Włosy związałem wysoko w kucyka wstążką. Nie zależało mi na tym, ale podejrzewałem, że część fanek (i fanów) Kane, a może zmienić swoje upodobania. Trochę mnie to nawet rozbawiło, bo Strażnik zazwyczaj z nonszalancją wytrawnego łowcy udawał, że nie interesuje go flirt, a oczami wodził za każdym większym wzgórkiem, jaki mu się napatoczył.
Mniejsza z tym. Gdy pojawiłem się w głównym pokoju, Shrik zamruczał w niewymowny sposób. Uśmiechnąłem się lekko do niego.
- Jak myślisz, Tyfling to chyba nie jest najlepszy pomysł, co? - odpowiedź była jak najbardziej zachęcająca. Zaśmiałem się - Naprawdę sądzisz, że warto marnować potencjał na coś takiego - wydawało mi się, że tygrys się uśmiechnął. Wziąłem z "małego podręcznego arsenały", jak zwykła mawiać Rakyo, czarną sakabę o wąskiej klindze. - Mimo wszystko, niech sobie jeszcze pożyje trochę. Chwasty też tlen produkują.
Razem ze Shrikiem poszliśmy na tereny ćwiczebne Strażników. Gdy wszedłem, kilku nowicjuszy nawalało się drewnianą bronią, bo inaczej tego nazwać się nie dało. Poza tym, kawałek dalej trwały trochę poważniejsze walki z użyciem już prawdziwej, ale tępej, broni.
- Coś mnie ominęło? - spytałem, zasłaniając ręką usta, żeby nie roześmiać się otwarcie. Sytuacja, w jakiej zastałem Kane'a była dość ciekawa. Siedział po turecku na ziemi, a Albion chodził w wkoło niego, bardzo wyraźnie gestykulując. Kawałek dalej nowy Strażnik siedział i udawał, że czyści broń. Aż się dziwiłem, że jeszcze nie wziął zeszytu i nie zaczął wszystkiego notować. Kane nie był zbyt zadowolony na moje przyjście w takim momencie.

wtorek, 27 sierpnia 2013

Od Kane'a


Siedziałem właśnie z Catranem, jednym z ogarów, gdy do biura ktoś wszedł. Właśnie przeglądałem dość ważne papiery dotyczące działań senatora jaszczura, który wreszcie wyściubił nos z ukrycie więc nie zwróciłem na to większej uwagi. 
- Kane – usłyszałem głos Hebiego. - Oddaję, co twoje.
- Jasne, jas... – uniosłem nos znad papierów i zdębiałem. - Coś się stało, o czym powinienem wiedzieć? – spytałem po chwili.
- Nie, a powinno? – to pytanie mnie rozwaliło. Chłopak wygląda jakby natarł się miksturą na porost włosów od szalonego naukowca i się mnie pyta o co chodzi. 
- No... twoje włosy są... – nie dokończyłem. 
- A, to. Nic, o co bym się martwił. 
- A, no ok. Zmiana fryzury, taki mały drobiazg – zakpiłem. W chłopaku zmieniło się też coś jeszcze. Był spokojniejszy dużo spokojniejszy. To dobrze, bo jego smoczy lowelas miał się zjawić jutro rano. 
Przywołałem Shrika do siebie. 
- Catran, możesz odejść. Jak będę cię potrzebował to zawołam. 
- Oczywiście panie mój – jaszczurołak skłonił się i wyszedł. 
- No dobra młody, to co to się stało, że jesteś w tak dobrym humorze? Pogadałeś wreszcie ze swoją kochanicą?
- Ona nie jest... – urwał. – Nie. Nie rozmawiałem... 
- Oj młody, młody... – pokręciłem głową. 
Przerwało nam pukanie do drzwi. 
- Wejść! – warknąłem. 
- Panie, Abilion czeka pod salą treningową, później Normenel chce się z panem widzieć w pańskich kwaterach. – oznajmił Remes. 
- Ta... ten cholerny gówniarz... – miałem tak ogromną ochotę widzieć blond debila, że niemal skakałem z radości. Najlepiej byłoby skoczyć z mostu, ze śmiechem, że już nie będę musiał oglądać tego jego wrednego pyska. Wtedy wpadłem na ciekawy pomysł. – Hej młody, a może chcesz iść ze mną i sprać blond debila? 
- To nie za dobry pomysł... – skwitował Hebi. 
- Daj spokój. Jestem oficjalnie jego trenerem i w sali treningowej mogę robić z nim co chcę. Z ustalaniem mu przeciwników włącznie... – uśmiechnąłem się do chłopaka jadowicie.

od Hebiego

Było mi... miękko. przeciągnąłem ręką po czymś o teksturze dywanu perskiego, a w odpowiedzi dostałem odgłos porównywalny z włączonym odkurzaczem. Momentalnie otworzyłem oczy, przerażony, co się dzieje. Zobaczyłem wielkiego tygrysa, na którym jeszcze chwilę temu leżałem jak na łóżku. Shrik - przymknęło mi przez głowę. Do tej pory wydawał mi się zawsze bestią, a teraz... teraz przyrównałbym go bardziej do utuczonego kota pociągniętego farbą w paski. Powoli zaczęło do mnie wszystko wracać.
- Gdzie jest Kane? - spytałem tygrysa, a ten tylko ziewnął przeciągle. Nieśpiesznie wstał, wygiął grzbiet w pałą, a następnie stanął do mnie bokiem i popatrzył "znacząco". Byłem pewny, że chciał, żebym na niego wsiadł. Średnio mi się ten pomysł spodobał, ale zrobiłem to.
- Weźmiesz mnie najpierw do mojego mistrza? Powinien być o tej porze w kapliczce w Wiecznym ogrodzie - wieki łeb skinął mi na znak zgody i Shrik ruszył.
Przejażdżka na tygrysie była o wiele wygodniejsza, niż by się mogło wydawać. Nawet gdy Shrik biegł, nie miałem problemów z utrzymaniem równowagi jeszcze lepiej jak na Lune przy średniej prędkości. Jedyny problem tkwił w otoczeniu. No cóż, nie dziwiłem się temu zbytnio, bo widok nastolatka dosiadającego wielkiego tygrysa do zbyt popularnych nie należał. W odróżnieniu do mnie, Shrik nie był tak wyrozumiały i warczał, gdy tylko ktoś wybijająco się odważnie skomentował lub przyglądał się nam.
W końcu dotarliśmy do Wiecznego Ogrodu. Jak podejrzewałem, mój mistrz był w opuszczonej kapliczce i medytował. Gdy tylko się zbliżyłem, usłyszałem szelest trzech lisów, zbliżających się, najpierw nieufnie, potem z lekką wesołością. Przede mną stanęła najstarsza z rodziny, biała lisica i popatrzyła niedwuznacznie na Shrika. Chciała, żeby nikt nie przeszkadzał w mojej rozmowie z mistrzem, a tygrys, chcąc nie chcąc, był łączem do Kane'a. Kane'a, za którym mój mistrz niespecjalnie przepadał, jeśli tylko nie musiał.
- Mistrzu? - wszedłem do środka. Mężczyzna już na mnie czekał.
- Witaj, Hebi. Dawno się nie pokazywałeś. Czy coś się stało? - na jego twarzy przebłyskiwała prawdziwa troska, nie chowana przed cudzym wzrokiem.
- Ja.. tego... - usiadłem koło niego na trawie.
- Spokojnie, mi możesz ufać - mistrz pogładził delikatnie mój policzek. Kolejna osoba, która się nade mną litowała w ostatnich dniach. Ale ta jedna litość nie była uciążliwa. W kilkoma przerwami, opowiedziałem wszystko lisołakowi. W odróżnieniu do Kane'a, nie było to powodem do ironicznych żarcików. Gdy skończyłem, mistrz delikatnie pogładził mnie po plecach.
- Nie myślałem, że twoja dusza znowu da o sobie znać... zwłaszcza, że ułożyłeś sobie życie inaczej, niż dotychczas, a ona nie jest nawet człowiekiem - mistrz wydawał się wiedzieć coś, czego ja nie wiedziałem.
- Przepraszam, ale nie rozumiem... - zawahałem się.
- Pamiętasz legendę o Adrianie i Eli? - kiwnąłem głową powoli. - Ile razy się już zorientowałeś, że w legendach jest więcej prawdy niż podręcznikowej historii?
- Trochę... - nie do końca byłem pewny, dokąd zmierzała nasza rozmowa.
- Nie jestem pewien, jak ci to wytłumaczyć, ale... masz w sobie duszę Adriana. A Irezaja najwyraźniej Eli - po tym wyznaniu zaległa cisza.
- Dawno o tym wiedziałeś, mistrzu? - w końcu zebrałem się na odwagę.
- O tobie od twojego urodzenia. O Irezaji dopiero teraz - widać było, że mężczyzna ma wyrzuty sumienia, że mnie okłamywał przez całe życie.
- I co ja mam teraz robić? - popatrzyłem prosto w lisie oczy mistrza, szukając w nich ratunku. Nie odnajdywałem go na tyle, ile chciałem.
- Nie sądzę, żebym to ja był tym, który ci może pomoc. Przynajmniej nie bezpośrednio - lisołak wstał. - Chodź za mną - nie wiedziałem, gdzie chce mnie zabrać, ale usłuchałem go.
Doszliśmy to wodospadu o wiecznie lodowatej, niezamarzającej wodzie. Dookoła panowała cisza godna miejsca uświęconego. Nawet zwierzęta nie zapuszczały się tu dla polowania, a białe jelenie spokojnie pasły się w obecności rodziny rysi.
- Mistrzu, ale to przecież... - trochę za bardzo uniosłem głos, bo śpiew ptaków ucichł na chwilę.
- Wiem. Potrzebujesz oczyszczenia, a medytacja to ci da. Tylko tak będziesz w stanie na tyle się skupić, żeby wejrzeć do własnej duszy. Tylko tyle mogę dla ciebie zrobić - mistrz popchnął mnie delikatnie w stronę wody. Wszedłem do niej powoli, a gdy spływająca kaskada w pełni mnie zakryła, usiadłem na kamiennej skarpie.
Rozbiegane myśli powoli zaczęły się układać w systematyczny ciąg, a potem coraz to bardziej i bardziej niknęły w spokoju. Nie wiem, ile czasu potrzebowałem, by osiągnąć zupełne wyciszenie, ale nie interesowało mnie to. Wreszcie odnalazłem ciszę i wytchnienie od obecności samego siebie w myślach. Świat zwolnił, stał się wieczny i potężny, a mimo to zrozumiały i jakby otaczający mnie swoim płaszczem. Czułem przepływ wody pod swoimi nogami, czasem zaburzany przez ruchy ogonów ryb. Czułem bicia serc wszystkiego, co znajdowało się dookoła.
Nie jestem pewny, kiedy wybiłem się ze stanu świadomości świata, ale gdy otworzyłem oczy, leżałem na trawie z mokrymi włosami, ubrany w białe kimono. Kawałek dalej mistrz pod postacią lisa bawił się z młodymi rysiami. Gdy zauważył, że się ocknąłem, zmienił postać i podszedł do mnie.
- Dobrze się czujesz? - nie czułem jakiejś większej obawy w jego pytaniu. Skinąłem głową, unosząc się na rękach. Wiedziałem, że po oczyszczeniu gwałtowne ruchy nie były zbyt mądrym pomysłem. - To dobrze - podał mi rękę, żebym wstał. - Powinieneś już iść, ktoś jeszcze może się zaniepokoić twoją nieobecnością - popatrzyłem na niego.
- Ile to trwało? - pytanie wyszło ze mnie naturalnie.
- Kilkanaście godzin. Czas nie powinien mieć dla ciebie większego znaczenia, ale noc już minęła - skinąłem tylko głową.
Gdy tylko pojawiłem się w mieście, wszyscy patrzyli na mnie z jeszcze większym zdziwieniem, niż podczas mojej pierwszej podróży na Shriku. A przecież wieść powinna się już roznieść i nie być aż tak szokująca. Gdy w końcu wszedłem do kwatery Strażnika, zacząłem być poirytowany ukradkowymi wytykaniami palcami.
- Kane - wszedłem bez uprzedzenia. Demon był sam ze swoim podwładnym, którego imienia nie pamiętałem. - Oddaję, co twoje - wskazałem ręką na tygrysa.
- Jasne, jas... - mężczyzna urwał, jakby gdyby dopiero teraz mnie zobaczył. - Coś się stało, o czym powinienem wiedzieć? - spytał w końcu.
- Nie, a powinno?
- No... twoje włosy są... - dopiero teraz zauważyłem, że rzeczywiście były trochę dłuższe niż zawsze. Nawet trochę bardzo dłuższe.
- A, to. Nic, o co bym się martwił - wzruszyłem ramionami. Nie dziwiło mnie to aż tak zbytnio. Święta woda życia wszystko pobudza do rozwoju, przy niej nawet rośliny wyrastały w ciągu dnia i nigdy nie chorowały. A ja spędziłem kilka ładnych godzin pod jej wpływem.