Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Kari. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Kari. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 29 sierpnia 2013

Od Kaela

Stan dziewczynki był ciężki, bardzo. Aż nazbyt wyraźnie czułem demoniczne zepsucie krążące w jej krwi. Musiałem jednak spróbować jej pomóc.
- Trzeba ją przenieść. Potrzebuję wanny i ciepłej wody z ziołami: rumiankiem, słonecznym zielem i kwiatem duszy - oznajmiłem.
- Już się robi... - zawołała niewidoma dziewczyna. Po kilku minutach poczułem aromatyczny zapach ziół.
- Ogionie połóż małą w wannie - poprosiłem. Kidy to zrobił dokładnie zmoczyłem ciało dziewczynki naparem z ziół
- Ciepłe... i cuchnie... - podsumowała mała. Uśmiechnąłem się do niej.
- Teraz się troszkę zdrzemniesz.. dobrze? - zapytałem.
- Tak.. Jestem zmęczona... - wyszeptała. Zaklęciem pozbawiłem ja świadomości.
           - Ogionie. Wejdź w jej umysł i pilnuj go. To co chcę zrobić sprawi jej wiele bólu, a to może zniszczyć jej umysł.
            - Dobrze - nekromanta wysłał fragment duszy do ciała dziewczynki.
Położyłem dłonie do czoła i piersi dziecka. Skoncentrowałem się i przelałem swoje światło do jej ciała. Dziewczynka wrzasnęła przeraźliwie i próbowała się wyrwać, mimo, że była nieprzytomna. Ogion trzymał ją jednak mocno, a jego połączenia z nią uspokajało ją nieco. Bardzo powoli rozprzestrzeniałem światło po jej organizmie wypychając spaczenie. Na ciele dziewczynki zaczęły pojawiać się drobne rany, z których sączył się czarny, gęsty płyn.
Nie wiem jak długo to trwało, ale w końcu krew dziewczynki była czysta. A ja wykończony. Opadłem na ziemię z głuchym jękiem. Wszystko mnie bolało, w głowie mi się kręciło. Miałem tylko nadzieję, że organizm dziewczynki zacznie sie regenerować.
Kiedy Gabriela i Ogion przenosili dziewczynkę do jej łóżka ja starałem się zachować przytomność, na nic. Moja ciężka głowa pospieszyła na spotkanie podłodze.

Obudziłem się we własnym łóżku.
- Trzeba mu powiedzieć... - stwierdził ktoś szeptem.
- Widzisz w jakim jest stanie! Nie wolno go budzić, poza tym.. nie wiesz jaki on jest do niego przywiązany...
- To co niby chcesz zrobić?
- Co się dzieje? - zapytałem i próbowałem się podnieść. Świat wykonał kilka piruetów dając mi do zrozumienia, że poruszania się to nie najlepszy pomysł.
            - Kael... - to była Bianca. Podbiegła do mnie i objęła mnie.
- Żyję, chyba... - wyszeptałem. - O czym rozmawiałyście?
- O...  niczym... - powiedziała Bianca. Na jej słowa odpowiedziało karcące warknięcie jej kuzynki.
- No to ja mu powiem... - warknęła. - Kari zniknął - usłyszałem.
- Co? Jak to? - uniosłem się gwałtownie mimo tego, że moje ciało zaprotestowało.

środa, 28 sierpnia 2013

Od Jackiego

Szedłem ciemnym korytarzem, z dala od gwaru, od szeptów złowrogich, knowań i jęków. Władza w Kontraświecie, bla, bla, bla. Cesarz i jego bękarty, bla, bla, bla. Wyrocznia i reszta tego politycznego szajsu, bla, bla, bla... Dość już tego miałem. Moje życie proste być powinno. Bić, zabić, zgnieść, posiekać, byle by juchy jak najwięcej, byleby pragnienie zaspokoić, duszę w krwi skąpać. Wściekłości dać upust, bawiąc się przy tym wyśmienicie. Przeciwnik mi się marzył. Prawdziwy, potężny, taki, którego jednym ciosem nie wypatroszę, taki, z którym dłużej powalczę.
- Jackie... – usłyszałem szept złowrogi. Dusza moja znów wyczuła, że zły jestem. Że żądzą mordu pałam. Obudziły się potwory, najpierw w mojej głowie tylko, później wylazły na zewnątrz ukazując swoje wstrętne, zębate mordy. Wykrzywione w ohydnym grymasie, ni uśmiech to był, ni grymas wściekły. Spojrzały na mnie ślepia czerwone.
- Jazda mi stąd, sam chcę zostać – warknąłem.
- Sam...? – zaśmiała się paszcza.
- Jackie... chodźmy coś zabić – szczeknęła inna.
Zabić, tak, to plan dobry, podobał mi się. Ale co, by tu ubić? Kagath demonów mordować nie kazał, póki się słuchały. Harpii już za dużo wybiłem, wściekł się Kagath o to, nawet syreny z wybrzeża pouciekały. Bojąc się, że wyrżnę.
Wtedy poczułem, coś nowego, obcego, coś co można by skrócić o głowę. Wyszedłem z pałacu. Zobaczyłem lądujące smoczysko. Na grzbiecie jego Istri siedziała, a z nią ten co dziwną aurę rozsiewał. Zsunęli się z grzbietu jaszczura. Wtedy obcy skrzydła rozwinął, jak tarczy aury jasnej użył. Wróbel. Skrzydlate paskudztwo, które dobrze jedynie wypatroszyć.
- Kto tam jest? – zawarczałem. Paszcze niespokojne wić się za moimi placami zaczęły. Spojrzała na mnie demonica niechętnie. Nie lubiła mnie. Lalka Alerartiego, jak suka za panem zanim latała, głupsza niż kukła, ale ciało miała niezłe.  - Więc? – warknąłem znowu. Blask wróbla mnie denerwował. Raził, furię wzmagał. Paszcze wylazły, przekształciły się, w ogary piekielne zmieniły. Stanęły warcząc, do ataku gotowe.
- Sami mnie tu chcieliście – odpowiedział przybysz. „Chcieliśmy”, kto niby, kurwa, chciałby na Cziert wróbla? Ale wiedziałem, skoro ta mała z nim była to zapewne Alerarti po to nowe mięso posłał. Tylko po kiego gnata to tu? Nie dość już Kagatha wiecznych knowań? Jeszcze jego pupilek musi kurestwo wszelkie sprowadzać.
- Przepuść nas – Istri zażądała. Bliżej podeszła, paszcza na nią warknęła. Lasencja gwałtownie się cofnęła, nawet ona się potworów bała, wiedziała, że nieobliczalne są i miazgę z niej zrobią jeśli za blisko podejdzie.
- Ochoty nie mam słuchać żądań twoich, więc albo powiesz, co to za ptaszysko, albo jemu skrzydła wyrwę i ciebie nimi nakarmię – zagroziłem.
- To syn Alerartiego, dziedzic – wyjaśniła, głowę dumnie uniosła. Omal się na rewelację taką śmiechem nie udławiłem. Wiedziałem, że się przydupas Kagatha do wróblicy dorwał, ale żeby to coś synem nazywać. Coraz lepiej się robiło. Nie ma co.
- Przejść możecie, ale niech to ktoś gdzieś zamknie, bo się temu krzywda stanie – warknąłem i spojrzałem złowrogo na pierzaste ohydztwo. Czekając czy wyzwanie przyjmie.

Od Kariego

Sam nie wiedziałem, co powinienem zrobić. Niby wiedziałem, że po demonach można się spodziewać wszystkiego, ale wizja innej wersji historii była dosyć kusząca. Zwłaszcza, że nie ufałem na tyle Atraelowi, by bezkrytycznie przyjąć jego bajki o biednym tatusiu. Ostatecznie odnalazłem demonicę.
- Weź mnie do ojca - poleciłem jej. Chciała się do mnie zbliżyć, ale zmaterializowałem aniele skrzydła, by jej przypomnieć, że nie mam ochoty na miziającą się kobietę.
- Jak chcesz - wzruszyła tylko ramionami i gwizdnęła przeciągle. Po chwili na horyzoncie pojawił się czarny smok. Wiedziałem, że naturalnie nie mają takiej barwy, więc jest to demon. - Wsiadaj, Elldon nic ci nie zrobi - skinęła głową na bestię. Nie byłem zbyt entuzjastycznie do niego nastawiony, ale wsiadłem na jego kark.
Lot był szybki, powiedziałbym nawet, że szybszy jak na zwykłym smoku.Wyczuwałem magię wiatru, kierującą prądami na naszą korzyść. Cały czas demonica starała się do mnie zbliżyć, zwłaszcza, że nie mogłem teraz uwolnić natury anioła. Smok, mimo wszystko, był równie wrażliwy na światło, jak kobieta, więc przestaszenie go moimi skrzydłami mogłoby się okazać zgubne na tej wysokości. Nawet skrzydła nie uratowałyby mnie, nie potrafiłem latać tak wysoko. Na mniejszych wysokościach pewnie miałbym nawet problem, w końcu już dawno tego nie robiłem.
- Twój ojciec jest w pałacu - oznajmiła, gdy tylko zeszliśmy na lądzie z grzbietu demona. Cziert była dokładnie taka, jaką ją zapamiętałem z ostatniego pobytu tutaj - mroczna. Nawet rośliny miały czarne liście i kwiaty. Większość też była najbardziej trującymi środkami, których nawet czarni magowie bali się używać bez najwyższej konieczności.
Nieograniczany niczym, uwolniłem całą swoją jasną magię, by ostrzec kilka czających się już w cieniu pomniejszych demonów.
- Kto tam jest? - usłyszałem niezbyt przyjemny głos. Jego właściciel wyszedł z pałacu przed drzwi i skrzywił się od razu, gdy tylko mnie wyczuł. - Więc? - warknął, przywołując kilka zwierzęcych demoników.
- Sami mnie tu chcieliście - odpowiedziałem, niepuszczająć światła, mimo mentalnego naporu z zewnątrz.

poniedziałek, 26 sierpnia 2013

Od Kane'a

Ogion poszedł prosto do rezydencji. Ja natomiast wybrałem się jeszcze na mały spacer po ogrodzie. Idąc cichymi alejkami poczułem coś dziwnego. Dziwne zawirowanie gdzieś niedaleko, od którego włosy na karku mi się zjeżyły. Demon. Ruszyłem szybkim, cichym krokiem w tamtym kierunku. Zobaczyłem Kariego, a kawałek przed nim stała kobieta. Piękna i mroczna. To od niej pochodziło to złowrogie pulsowanie, które wyczułem.
- Co się tu dzieje!?- warknąłem, chociaż nie bardzo mi zależało na wyjaśnieniach. Kari spojrzał na mnie zaskoczony. Dziewczyna również spojrzała w moją stronę. Na jej twarzy zaskoczenie mieszało się z zadowoleniem.
- Kane..? A jednak to prawda. Jesteś teraz jednym z nas... – zaczęła i zrobiła krok w moją stronę, jakby zadowolona, że mnie widzi. Nie pozwoliłem jej skończyć. Demon, który znalazł się tak blisko pałacu, to martwy demon. Skoczyłem w jej stronę. Dziewczyna uchyliła się cudem. Następnego ciosu jednak nie uniknęła zdzieliłem ją w tę jej piękną buźkę i wyjąłem sztylet. Odskoczyła, ale zachwiała się przy tym. Dorwanie jej nie sprawiło mi problemu. Ostrze sztyletu śmignęła w jej stronę. Właśnie miałem odciąć potworzycy łeb, gdy usłyszałem wrzask półdemona.
- Nie rób tego! – Kari skoczył w naszą stronę. Ułamek sekundy nieuwagi i demonica zdołała uciec w mrok. Złapałem mężczyznę za kołnierz i potrząsnąłem nim gwałtownie.
- A tobie co odpieprza?!
- Puść mnie... – zażądał, w odpowiedzi tylko wzmocniłem uścisk.
- Normenel ci ufa i tylko dlatego pozwalam ci się tu kręcić, ale jeżeli jeszcze raz zobaczę, że sprowadzasz tu kurwy Kagatha, to osobiście upieprzę ci łeb i wyślę temu maniakowi wraz z bombą.
Puściłem Kariego. Ten odsunął się poprawiając ubranie i próbując uspokoić swoją budzącą się, demoniczną aurę.
- Weź sobie do serca moje ostrzeżenie, bo w przeciwnym razie nakarmię nim Shrika! – demoniczna aura dziewczyny zniknęła. Wściekły i czujny poszedłem w stronę swoich kwater.

niedziela, 25 sierpnia 2013

od Kariego

Jak ktoś ma pecha, to takiego lawinowego. Niemal widziałem oczyma wyobraźnie jednego takiego czarnego ludzika, który mógł mnie pomęczyć, więc zrobił "Chodźcie chłopaki, on jest idealny" i wszystkie inne peszki w okolicy się na mnie zleciały jak muchy na tygodniowe mięso na słońcu. Chciałem być sam, a tu - kobieta. Nie miałem nic szczególnie do wytknięcia Irezaji, ale kobieta była w tej chwili najgorszą istotą, która mogła mi się przydarzyć. Oczywiście, nie mogłem jej tego powiedzieć. Zwłaszcza, że też wyglądała, jakby przez nią przeszedł cały tabun radzieckiej armii z opowiadań towarzysza Dmitrija. Swoją drogą, to ciekawe, jak mu tam teraz... z kobietą. DLACZEGO cały świat się na mnie musiał uwziąć? Ehe, jeszcze się o mnie oparła. I co ja niby teraz mam zrobić? Wywalić za płot może i jest bardzo kuszące, ale raczej nie byłoby dobrze postrzegane przez resztę świata. Biorąc pod uwagę, że świat mógłby być potem jeszcze bardziej upierdliwy, niż miało to miejsce teraz, zaniechałem tego pomysłu i po prostu starałem się zająć myśli czymś innym.... Jedna mrówka na ziemi, druga mrówka na ziemi, trzecia mrówka na ziemi... nie no, jaki debil się na to nabierze. Każdy dobrze wie, że w głowie miałem teraz tylko jeden, ale za to bardzo złośliwy, temat: KOBIETY.
Sam nawet nie wiem, kiedy usnąłem. Pomimo, że byłem wykończony, sen nie przyniósł ukojenia psychiki ni ciała. Przyśniła mi się ONA, wciąż żywa, ale jakaś inna... jej oczy już nie skrywały tego blasku dobroci, a jedynie pustkę. Nie wiedziałem, dlaczego, ale miałem wrażenie, że cierpi.
Obudziłem się z krzykiem, płosząc ptaki z drzew. Opadłem na ręce, próbując opanować oddech, serce waliło mi jak po sprincie na kilometr. Irezaja już poszła, na moje szczęście. Zamknąłem oczy, szukając jakiejkolwiek pomocy w otoczeniu ciemności. Nie byłem sam, w cieniu coś się czaiło.
- Pokaż się - zażądałem. Nieśpiesznie wyszła zza drzewa kobieta (o zgrozo! Jakaś inwazja, czy co?) z lekkim uśmiechem wymalowanym na twarzy. Miała na sobie długą czarną suknię, spływającą niczym czarna woda bo jej szczupłej, zgrabnej sylwetce. Długie, kruczoczarne włosy spięła w lekką fryzurę z tyłu głowy, a wielkie, migdałowe oczy o niemal białych tęczówkach podkreśliła tuszem. Poza tym, była blada, bo niemal chorobliwie białą karnację trudno było nazwać po prostu jasną.
- Kim jesteś? - spytałem, przypominając sobie szybko w myślach co przydatniejsze zaklęcia ataku i obrony.
- Spokojnie, przysłał mnie tu twój ojciec.
- Atrael? - zmrużyłem oczy. Kobieta zaśmiała się. Nie miałem już wątpliwości, że była demonicą.
- Nie, twój ojciec. Czeka na Cziert, chciałby się z tobą spotkać - rząd śnieżnobiałych zębów miał być dodatkowym powodem. Na (nie)szczęście nie byłem w stanie cieszyć się dziewczęcymi wdziękami.
- Nie, dziękuję. Mam lepsze zajęcia - prychnąłem.
- Na przykład?
- Gapienie się na mrówki w trawie - porównując,oba były równie ekscytujące. Zniecierpliwiony wstałem, i chciałem odejść.
- Więc nie chcesz się dowiedzieć PRAWDZIWEJ historii swoich narodzin? - zatrzymałem się i popatrzyłem przez ramię na kobietę. - Twój ojciec dowiedział się o twojej rozmowie z wróblem i chce naprostować sytuację - domyśliłem się, że wróbel był użyty jako synonim anioła, choć nie za bardzo widziałem podobieństwo.
- Dlaczego powinienem ci zaufać? - obróciłem się przodem do demonicy. W odpowiedzi dziewczyna podciągnęła suknię do góry, ukazując mi swoje udo. Oniemiałem na widok identycznego symbolu, jaki generował moje moce demona, najsilniejszy talizman mocy.
- Ty jesteś...
- ... przeznaczona dla ciebie - odpowiedź nie zdziwiła mnie ani trochę. Już miałem coś powiedzieć, gdy ktoś nam przeszkodził.
- Co się tu dzieje? - usłyszałem za sobą męski głos.

sobota, 24 sierpnia 2013

Od Irezaji

Kiedy tylko byłam pewna, że zniknęłam z oczu Hebiego puściłam się biegiem. Po drodze niemal wpadłam na jakąś damulkę. Spojrzała na mnie jakbym, Wyrocznia jedna wie, co jej zrobiła.
- Przepraszam.. – wybąkałam szybko i pobiegłem dalej.
Zwolniłam dopiero w najdalszym kącie ogrodów pałacowych. Tam po prostu opadłam na ziemię. Podciągnęłam kolana pod brodę i rozpłakałam się. Hebi nie chciał ze mną rozmawiać. Okłamał mnie, czułam to. Bałam się, że już nigdy się do mnie nie odezwie. A Aeron... Co on powie gdy się o wszystkim dowie? Nie wiem czy kochałam pół smoka. Nawet jeżeli i tak nie było dla nas większej przyszłości, to zależało mi na nim, w pewnym sensie, a już na pewno nie chciałam go ranić. A to co się stało, zapewne by go zraniło.
Choćbym nie wiem ile się zastanawiała, nie mogłam wymyślić nic, co choć trochę mogłoby poprawić sytuację. W końcu po prostu zostało mi tylko siedzieć i ryczeć. Nie pamiętałam kiedy ostatnio tak płakałam. Nienawidziłam być słaba. Nie mogłam się jednak powstrzymać. Za dużo emocji nagromadziło się we mnie i po prostu pękłam. Miałam tylko ogromną nadzieję, że nikt mnie tu nie znajdzie w takim stanie.
No i niestety na nadziei się skończyło.
- Irezaja? – usłyszałam wystraszony głos. Podniosłam głowę. Kari ukląkł obok mnie pospiesznie i przyglądał mi się z mieszaniną strachu i czujności.
- N...nic... – wymamrotałam i próbowałam pospiesznie doprowadzić się do porządku, choć wiedziałam, że to na nic. Dłonie mi drżały. Spojrzałam na niego i znowu zaniosłam się spazmatycznym szlochem.
- Co ci jest? Ktoś zrobił ci krzywdę? – dopytywał się mężczyzna i oglądał mnie dokładnie, chyba w poszukiwaniu jakichś ran, czy innych fizycznych przyczyn mojego stanu. Zdołałam tylko pokręcić przecząco głową, a kiedy chciałam się odezwać tylko dziwnie jęknęłam. Przycisnęłam dłonie do twarzy. Poczułam jak półanioł delikatnie przyciąga mnie do siebie.
- Spokojnie... Już dobrze...  – mruczał kołysząc mnie jak małe dziecko. Nikt mnie nigdy tak nie trzymał.  Tak po prostu, otaczając opieką.
Po dłuższej chwili uspokoiłam się na tyle, żeby spróbować usiąść o własnych siłach.
- Przepraszam – wyszeptałam. Było mi wstyd, że ktoś musiał mnie pocieszać, że pozwoliłam by oglądał mnie taką.
- Nie musisz przepraszać. Tylko... – zawahał się. Nie chciał naciskać, ale chciał też wiedzieć co się stało.
- To... Nikt mi nic nie zrobił... tylko... Och, trudno to wyjaśnić... – No bo jak mu miałam niby to wszystko opowiedzieć?
- Wiem coś o sprawach, które trudno wyjaśnić – powiedział i usiadł obok mnie. Oparłam głowę o jego ramię. Siedzieliśmy tak, milcząc, przez dość długi czas. Jego też coś trapiło, byłam tego pewna. Ale jakoś nie miałam siły, żeby zacząć rozmowę. Wystarczyło mi, że jest obok ktoś, z kim mogę po prostu pobyć.

Od Kaelusa

Spoglądałem za odchodzącym Karim. Nie chciałem budzić w nim nieprzyjemnych wspomnień i go ranić. Było mi strasznie głupio. Argo ułożyła się na moich kolanach. Podrapałem ją pod brodą, na co zareagowała zadowolonym pomrukiem.
- Kaelu...? – drakona spojrzała na mnie.
- Tak Złociutka?
- Jak długo można kogoś kochać? Kogoś... kogo już nie ma... – to pytanie zaskoczyło mnie.
- Nie wiem, maleńka. Ale sądzę, że długo, bardzo długo. Miałem cztery lata, kiedy moja mama umarła, a mimo to wciąż ją kocham... – powiedziałem.
- Acha... A ile to było temu?
- Szesnaście lat...
Argo westchnęła.
- Chciałabym, żeby Kari przestał ją już kochać.
- Dlaczego?
-Bo go to boli. Mnie też boli, ale mniej i już nie boli tak mocno, ale jego boli dalej, bardzo. A ja nie chcę, żeby tak było... - Nie wiedziałem co na to odpowiedzieć. Z jednej strony chciałem wiedzieć więcej o tej Yuki. Jaka była i dlaczego Kari stwierdził, że jestem do niej podobny. Nie ośmieliłbym jednak pytać o nią, ani swojego brata, ani nawet Argo. Nie chciałem przywoływać złych wspomnień.
- Paniczu Kaelu?
Odwróciłem się. Zobaczyłem jednego ze służących.
- Tak?
- Goście do panicza – oświadczył.
- Tak, już idę – Argo usadowiła mi się na ramionach gdy wstałem. Uśmiechnąłem się do drakony. Ledwie wszedłem do hallu gdy poczułem czyjeś ramiona zaciskające się wokół mnie.
- Kal! – krzyknęła Bianca uradowana – Oj! Wybacz Argo... – elfka pogłaskała drakonę po głowie.
- Część Bianca! –zawołała Argo.
- Witaj... Tylko co ty tu robisz? – zapytałem, byłem nieźle zaskoczony jej widokiem.
- No wiesz co?! Zamiast się uciszyć, objąć mnie i pocałować, ty pytasz co ja tu robię? – dziewczyna skrzyżowała ręce na piersi i zmarszczyła nosek.
- Cieszę się! Oczywiście , że się cieszę... – powiedziałem i pogłaskałem Biancę po policzku. – Jestem po prostu zaskoczony.. no i..
- Oj nie tłumacz się już, tylko mnie pocałuj – zażądała. Argo zeskoczyła na ziemię, a ja z przyjemnością spełniłem prośbę dziewczyny i pocałowałem ją namiętnie.
- Ej gołąbeczki! Ładnie to tak, podrywać moją małą kuzyneczkę? Wstydziłbyś się! – zganił mnie znajomy, kobiecy głos. Oderwałem się od dziewczyny spłoszony. Przede mną stała ładna, rudowłosa elfka.
- Ashley? – Ashley była kuzynką Biancy. Jedyną, dorosła już, córką jej dość strasznej ciotki. Dość dawno już jej nie widziałem.
- No, a kogo się spodziewałeś? Matka nigdy by nie puściła Biancy samej. Dlatego jestem tu z nią.
- Czy Brann jest z tobą...? – zapytałem ostrożnie. Brann był chłopakiem Ash i bardzo mnie nie lubił. Chociaż szczerze nie wiem dlaczego.
- Nie... – powiedziała. Przez moment wydawało mi się, że jakiś cień przebiegł przez jej twarz. Czyli wiadome było, żeby dalej nie pytać.
- Chodźcie. Usiądziemy, musicie być zmęczone po.... – nie skończyłem, bo usłyszałem biegnące stado.
- Bianca!! – zawołały wilkołaki chórem. Kiedy jednak spostrzegły drugą dziewczynę stanęli jak wryci, aż posadzka zapiszczała.
- A....Ash....Ashley...? – jąkał się Jori. Wilkołaki uważały, że rudowłosa elfka jest, co najmniej, straszną wiedźmą, jak jej matka. I trzeba było przyznać, że się jej bały.
- Ooo... Właśnie się zastanawiałam skąd wziąć wilczą skórkę na dywan – powiedziała Ash i zmrużyła oczy.
- To my będziemy tam... – każdy wilk pokazał inny kierunek, ale w końcu wszystkie biegiem pognały po schodach do góry.
- Musisz ich tak straszyć? – zapytałem.
- Ktoś musi trzymać dyscyplinę – posłała mi ciepły uśmiech.
Westchnąłem tylko i poprowadziłem dziewczyny do salonu, gdzie mogły w spokoju usiąść. Argo łypała nieco podejrzliwie na Ashley, ale uznała, że skoro ja ją znam, to nie stanowi zagrożenia.