poniedziałek, 22 lipca 2013

Od Ogiona

Stolica cesarstwa. Zawsze starałem się być tu najrzadziej jak to było możliwe. Niestety los znowu mnie tu przygnał. Nie mam pojęcia dlaczego zgodziłem się tu przybyć. Irezaja była tu tak bezpieczna jak to było możliwe.
Nie miałem najmniejszej ochoty na siedzenia w pałacu. Chodziłem długo krętymi ulicami miasta, aż dotarłem do domu Gabrieli. Była człowiekiem, miejscową znachorką. Leczył dolegliwości tych, którzy nie mogli sobie pozwolić na wizytę u lekarza, czy uzdrowiciela. Mimo ledwie dwudziestu sześciu lat miała ogromną wiedzę na temat alchemii i zielarstwa. Zapukałem lekko.
- Wejdź, proszę – usłyszałem. Popchnąłem stare drzwi, zawiasy zaskrzypiały nieprzyjemnie. W środku jak zawsze panował zaduch, zapachy rozmaitych ziół mieszały się za sobą tworząc ciężką chmurę.
- Witaj Gabrielo – powiedziałem, żeby wiedziała, że to ja. Dziewczyna obróciła twarz w moją stronę. Robiła to z czystej uprzejmości, nie mogła bowiem spojrzeć na mnie. Była niewidoma od urodzenia.
- Ogion? Ty tutaj? – podeszła do mnie i poklepała mnie po ramieniu. Zadziwiała mnie jej zwinność. Znała w swoim mieszkanku dosłownie każdy milimetr. Wszystko miało tu ściśle określone miejsce. – Przywiozłeś mi więcej ziół i mikstur?
- Wybacz Gabrielo, ale tym razem nic dla ciebie nie mam.
- Nic nie szkodzi – uśmiechnęła się do mnie. – Usiądź, zrobię ci coś do picia. Może napar z jaśminu?
- Jeżeli ty przygotujesz to zawsze – dziewczyna zaśmiała się i pospiesznie zajęła się przygotowaniem herbaty.
- Chyba stolica zaczyna ci się jednak podobać skoro bywasz tu tak często.
- Powiedzmy, że wplątałem się w jedną sprawę.
- Potrzebujesz pomocy? – zapytała Gabriela obracając się w moją stronę.
- Nie. To nic z tych rzeczy. Nie martw się.
- Taa... Nie martw się! Jaszczurze dziewuchy, demony i nabuzowane demoniczną aurą tygrysy. Żadnych powodów do zmartwień – wyszczekał Sękol, rozsiadając się na stole.
- Ogionie czy to co mówi Sękol jest prawdą?
- Cóż sprawy są może skomplikowane, ale dam sobie radę – zapewniłem i rzuciłem zaklęciem w potwora.
- Oj nie ładnie Małpo! – wrzasnął Sękol uskakując.
- Chłopcy uspokójcie się! – zganiła nas. Posłusznie usiadłem z powrotem przy wąskim stoliku. Sękol natomiast usadowił się koło pieca i wygrzewał się nucąc jakąś sprośną przyśpiewkę. Pokręciłem tylko głową. Gabriela podała mi kubek z gorącym, aromatycznym naparem.
- Mam nadzieję, że to na prawdę nic poważnego. Nie chciałabym, żeby coś ci się stało – wyznała siadając naprzeciw mnie.
- Wiem. Nie musisz się martwić. Powiedz lepiej jak tam Marie.
- Cóż lepiej, cokolwiek zrobiłeś ostatnim razem, pomogło – Marie, była młodszą siostrą Gabrieli. Dziewczynka została zaatakowana przez demony. Straże zainterweniowały w porę i napastnicy zostali zabici, ale dziewczynka nałykała się demonicznej krwi. Przez to bardzo chorowała. Mikstury, które robiłem dla Gabrieli hamowały postęp zepsucia, ale nie mogły niestety wyleczyć tego, co już się stało.
Rozmawialiśmy o wszystkim i niczym. Gabriela była jedyną osobą, przy której czułem się całkowicie swobodnie.Czuła moją aurę lepiej nawet niż inni ludzie, ale nigdy się mnie nie bała.
- Jeszcze przez jakiś czas zabawię w stolicy, więc odwiedzę cię jeszcze niedługo – powiedziałem wychodząc.
- Będę czekać. Na ciebie też niedobre stworzenie – poklepała Sękola po głowie.
- Dobra, dobra. Jak Małpa pozwoli to też przyjdę.
Szedłem właśnie w stronę pałacu, gdy poczułem jej obecność. Sękol też ją wyczuł. Spojrzał na mnie, a kiedy skinąłem głową zniknął w chmurze pyłu.
- Witaj Oggi – powiedziała wychodząc z cienia. Stała przede mną piękna i mroczna. Jedyna kobieta, którą kiedykolwiek kochałem stała spoglądając na mnie tymi swoimi pustymi oczyma. Wyglądała jak marmurowy posąg, nie było w niej życia, nie było duszy. Była potworem, stworzeniem, które istnieć nie powinno.
- Nie nazywaj mnie tak – wyszeptałem. Jej obecność sprawiała mi ból.
- Zawsze lubiłeś gdy cię tak nazywałam – podeszła do mnie i położyła mi dłoń na piersi.
- Tylko Nynia mogła tak do mnie mówić – strąciłem jej dłoń i cofnąłem się.
- Ranisz mnie. Mówisz tak jakbyś mnie nie poznawał. A przecież widzisz mnie. Nie zmieniłam się ani odrobinę od czasu gdy trzymałeś mnie w ramionach.
- Mylisz się. Jesteś tylko cieniem kobiety, którą kochałem. Potworem, który zawładnął jej ciałem – wrzała we mnie złość.
- Tak, ukochany niech twoja moc wzbiera. Pokaż swoją potęgę, a być może będziesz mógł zobaczyć kres tego świata.
- O czym ty mówisz?
- O tym co się będzie działo. Jest ich dwoje, dwie pokaleczone dusze zbyt młode i zbyt stare. Jedno z nich przyniesie światło inne wieczną ciemność. Na razie, w każdym jest zarówno światło jak i mrok. Ciekawe które upadnie, a które wzleci. Każde z nich dostanie przewodnika, kogoś kto walczyć będzie z własną naturą. A walka przewodnika, będzie nauczką dla nich samych. Będzie maleńkim przedsmakiem tego co ich czeka...
Demonica zostawiła mnie samego. Zniknęła w cieniu tak jak się pojawiła. Ja natomiast stałem dalej na chodniku myśląc o tym czego się dowiedziałem.

Od Kane'a


Ze snu wyrwało mnie pukanie do drzwi. Zastanawiałem się czym mógłbym rzucić w tego, który mi przeszkadzał. Problem w tym, że średnio miałem siłę czymkolwiek rzucać. Przez moment zastanawiałem się dlaczego nikt nie otwiera. No tak, Vicca pilnuje małej jeszczurzycy, Remes dostał wolne, a Eirinn miał zebrać kilka informacji.
Kiedy pukanie się powtórzyło postanowiłem, że jednak muszę wstać i otworzyć. To mogło być coś ważnego, chociaż w tej chwili nic nie wydawało mi się ważniejsze niż miękka poduszka. No, ale cóż.
Wstałem i nie kłopocząc się czymś tak nieistotnym jak skompletowanie ubioru (miałem na sobie tylko bokserki) otworzyłem drzwi. Powitał mnie życzliwy uśmiech mojej rudej piękności, który jednak zniknął z jej twarzy kiedy zdała sobie sprawę, że jestem prawie nagi.
- Kena, ubierzże się! – zganiła mnie.
- Daj spokój skarbie, zachowujesz się jakbyś nigdy nie widziała mnie w bieliźnie. Z tego co pamiętam ostatnim razem twój wzrok nie ucierpiał chociaż nie mogłaś go ode mnie oderwać.
- Nie o mój wzrok mi chodzi tylko mojego towarzysza – dopiero teraz zauważyłem, że kawałek za nią stał długowłosy mężczyzna. Koleś przyglądał mi się uważnie śledząc wzrokiem moje blizny, a trochę ich było, w tym kilka świeżych i jeszcze sino-czerwonych. Normenel żartowała, że mam więcej blizn niż normalnej skóry, w jakiś niewyjaśniany sposób ją to kręciło. Takie jej małe zboczenie.
- Wybacz, nie interesują mnie mężczyźni – powiedziałem do faceta odsuwając się, by wpuścić ich do środka.
- S...słucham? – zapytał zmieszany.
- Kane! – syknęła Normenel.
- Dobra już dobra. To czego konkretnie chce twój koleżka? Bo zgaduję, że nie przyszłaś tu żeby sobie na mnie popatrzeć – rozsiadłem się wygodnie na fotelu i upiłem spory łyk wina z butelki. Anielica i jej towarzysz także usiedli.
- To jest Kariliel. Proszę, żebyś był dla niego miły, jest synem osoby, która była mi bardzo bliska.
- Spoko przyjąłem, w razie czego za bardzo go nie uszkodzić – Kariliel spojrzała na mnie uważnie, oceniając jak groźny mogę być. Gdy tak na mnie spoglądał wydał mi się dziwnie znajomy – Chwila, my to się już znamy...
- To ty „poradziłeś” mi, żebym opuścił miasto...
- Taa... Ty i szczeniak Atraela pięknie podsłuchiwaliście. Dobra przejdźmy do konkretów, bo mam jeszcze randkę z kilkoma ślicznotkami z moich snów.
- Chodzi o Hebiego... – zaczęła anielica.
- Co ten pieprzony szczeniak znowu nawywijał?! – warknąłem wstając gwałtownie.
- Nic! Nic. Kari chciałby się tylko co nieco dowiedzieć o Hebim – usiadłem z westchnieniem ulgi.
- A co konkretnie chcesz wiedzieć o najjaśniejszym szczeniaku?

od Hebiego

Gdy w końcu udało mi się opuścić salę treningową, za oknami było już ciemno. Nie spędziłem może czasu na wyjściu na jakimś wartościowym treningu, ale przynajmniej dostarczyłęm młodej wiwernie trochę rozrywki. Z rozbawieniem patrzyłem, jak mnie atakuje, zadowolona, że jest szybsza ode mnie. Nawet, jeśli miałem świadomość, że robiłem to celowo, to i tak ona o tym nie wiedziała. Zastanawiałem się tylko, czy dobrym pomysłem było dać jej pewność siebie, która może obrócić się przeciwko właścicielowi w prawdziwej walce, ale porzuciłem tą myśl. Powinna wiedzieć równie dobrze, jak ja, że dla mnie była to tylko zabawa. A w zabawie nie wykorzystuje się swoich pełnych umiejętności.
- To było wspaniałe, panie - powiedzial Moon, drepcząc za mną korytarzem. Uśmiechnąłem się lekko.
- Nic takiego. Z upływem czasu nabiera się rutyny - wzruszylem ramionami, udając obojętność. Ale w środku mile połechtało to moją dumę.
Gdy tylko wszedlem, powitalo mnie prychnięcie Rakyo i jego spojrzenie typu "zabiję, jak nie masz dobrej wymówki". Czekałem więc cierpliwie, aż wyjawi mi powód takieego zachowania. W końcu zaczął.
- Możesz mi powiedzieć, co robiłeś? Cały śmierdzisz tą niunią - powiedział, marszcząc nos.
- Nie niunią, tylko Ireazają. Bo przypominam, że oficjalnie, to ona jest od ciebie wyżej w hierarchi... - nie dokończyłem.
- Cholera jasna, nie zmieniaj tematu. Nie dość, że ten pieprzony Strażnik próbuje mi cię odebrać, kontrolując na każdym kroku i uzurpując sobie prawo do decydowania o tobie, to teraz jeszcze jakaś siksa zaczyna z tobą flirtować, a tobie to nie przeszkadza! - był wściekły. Nie chciałem go denerwować, dlatego podszedłęm do niego i położyłem dłoń na jego klatce piersiowej. Serce biło szybciej niż zazwyczaj, a skóra była gorętsza.
- Skarbie, nie martw się, nic mi nie jest. To był tylko trening. Moon byl razem z nami, może potwierdzić moją wersję. No, już - zacząłem się bawić jego włosami. Czułęm, że powoli wraca do kontoli.
- Na pewno nic ci nie zrobiła? Wiesz, że jeśłi tylko coś ci nie spasuje, to jestem do twojej dyspozycji.
- Wiem - wymamrotałem, przytulając się do niego. Kolejne trzy godziny minęły nad wtraz relaksująco. Wcześniej tylko zamknąłem drzwi na klucz i dopilnowałem, by nikt nam nie przeszkadzał.

od Kariego

Nie za bardzo wiedziałem, co odpowiedzieć. W końcu wstałem.
- Nie mam ochoty o tym rozmawiać. Jedyne, co dla mnie zrób, to zaprowadź mnie do Normenel - powiedziałem wypranym z emocji głosem. Tylko na taki było mnie stać. Anioł popatrzył na mnie zdziwiony.
- Skąd ty ją...
- Po prostu mnie do niej zaprowadź - syknąłem, uderzając pięścią w stół. Poczułem, jak budzą się do życia symbole na moim ciele, wchodzą czarnymi wstęgami aż na szyję i twarz. Nie wytrzymywały powoli presji ze strony mojej demonicznej natury. Nie dziwiłem się temu ani trochę.
Wyszliśmy w absolutnym milczeniu, po drodze mijając jakiegoś nastolatka z bardzo wahającą się aurą. Gdy wreszcie dotarliśmy po kwadransie pełnym upierdliwej ciszy, zdębiałem. Kopernik była kobietą, a Normenel był mężczyzną. I to takim... kompletnym.
- Ty jesteś Normenel, tak? - spytałem z powątpiewaniem. Ten kiwnął głową, nie odrywając się od bliżej nieokreślonego mieszania suszu. - Musimy porozmawiać, przysłała mnie tu matka - oświadczyłem.
- Matka, to znaczy kto? - anioł nie odrywał się od swojego zajęcia.
- Uminathriel - na moją odpowiedź anioł upuścił szpatułkę, którą mieszał miksturę. Szkło roztrzaskało się z trzaskiem na sterylnej posadzce.
- Żartujesz sobie ze mnie, prawda? - spytał, mrugając oczami.
- A powinienem? - było to pytanie retoryczne.
- Dobrze... o co chodzi? - przeszedł wreszcie do sprawy, porzucając swoje zajęcie i obracając się na ruchomym fotelu twarzą do mnie. Nie wdawałem się w większe szczegóły, mówiąc o swojej wizji. Przez cały czas Normenel tylko kiwał głową od czasu do czasu, ale nigdy nie przerywał.
- Rozumiem... Obawiam się jednak, że nie mogę ci się na wiele przydać. Jeśli tylko dowiem się czegoś, od razu ci to przekażę. Na razie powinieneś się spotkać z Kane'em, on jest najbliżej młodego Hebiego i ma najświeższe informacje. Pójdę z tobą, żebyś nie oberwał zbytnio, jest dosyć... intensywnym typem osobowości - zdecydował w końcu anioł. - Acha, i jeszcze jedno - nagle rozmazał się, a po ułamku sekundy stanęła przede mną ruda anielica. Nie miałem nawet siły skomentować tego widoku. Zdecydowanie za dużo się działo w ostatnim czasie. A końca widać nie było...

niedziela, 21 lipca 2013

Od Irezaji

Usiadłam na łóżku, wciąż nie mogłam uspokoić oddechu. Zdrzemnęła się może z godzin, ale koszmar rozbudził mnie całkowicie. Musiałam się trochę przewietrzyć. Wstałam cichutko, żeby nie zaalarmować Aerona, ani Gizell, a już tym bardziej Viccy. Czujne spojrzenia jakim raczyła mnie walkiria sprawiały, że miałam ochotę uciekać, choć sama nie wiedziałam przed czym.
Założyłam obcisłe spodnie z miękkiej, jasnobrązowej skóry i dopasowaną tunikę. W tym stroju czułam się zdecydowanie lepiej niż w sukni, którą założyła na mnie Gizelle.
Wyszłam na balkon i po cichu, używając magii powietrza, opadłam na dół. Jak mogłam najciszej pobiegłam w stronę pałacu. Nie mogłabym policzyć ile razy wymykałam się z pałacu ojca, bez względu na to jak dobrze kazał mnie strzec. Zrobiliśmy z tego swego rodzaju zawody, on przydzielał do pilnowania mnie coraz to nowych strażników, którzy to mieli być lepsi niż poprzedni, a ja i tak się im wymykałam.  
Przechodziłam właśnie koło czegoś co wydawało mi się salą treningową, gdy usłyszałam znajomy głos. To był Hebi. Przez moment wahałam się czy powinnam mu przeszkadzać, ale smocza natura jak zwykle wzięła górę. Weszłam do sali, a syn cesarza przystaną w nienaturalnej pozycji. Wyglądał przekomicznie, rozwiane włosy, zaróżowione od ruchu policzki i ta pokrzywione pozycja, której nie potrafiłam zinterpretować. Chłopak oczywiście od razu się poprawił, to jednak nie pomogło, już widziałam. Walczyłam ze sobą, żeby się nie roześmiać.
- Podejrzewałam, że cię tu znajdę – powiedziałam uśmiechając się do niego. Z tego wszystkiego zapomniałam o etykiecie. Szybko się opamiętałam i skłoniłam głowę. – Wybacz mi, panie.
- Daj już spokój z tym panem – mruknął.
- Cóż, większość osób z wyższych sfer jest dość wrażliwa na tym punkcie. Wolę dmuchać na zimne – odpowiedziałam.
- Ja jestem wyjątkiem – skwitował i uśmiechnął się do mnie. Tak wyglądał jeszcze lepiej. Podszedł do ławy i usiadł. Podeszłam do niego. Skinął, żebym do niego dołączyła
- Chciałabym cię przeprosić – zaczęłam.
- Za co?
- Cóż, albo tak źle mi poszło, że nic nie zauważyłeś, albo jesteś nazbyt uprzejmy – Hebi uśmiechnął się i pokręcił głową.
- No co? Może i nie mam skrzydeł, ale w głębi duszy jestem rasowym smokiem. A jak to pięknie ujęła kiedyś ciotka Assamira „smok to taka wielka, łuskowata sroka, która leci na wszystko co się błyszczy”. No, a ty błyszczysz...
- Ciekawie to ujęłaś... – Hebi zarumienił się i nie tłumaczył tego już wysiłek fizyczny.
- Spokojnie, zauważyłam, że ktoś inny cię interesuje.
- Co masz na myśli?
- Ten twój smok. Bronił cię jakbyś do niego należał.
- No cóż Rakyo jest... – Hebi był wyraźnie zmieszany. Najwyraźniej nie przywykł do rozmowy na tematy osobiste.
- Nie musisz się tłumaczyć – powiedziałam pospiesznie i posłałam mu ciepły uśmiech, na który odpowiedział tym samym. – Rozumiem. Ale to oczywiście nie powstrzyma mnie przed próbami uwiedzenie cię. To tak, żeby wszystko było jasne – delikatnie poklepałam go po udzie. Chłopak uniósł oczy do nieba i pokręcił głową. Na twarzy miał jednak sympatyczny uśmiech.
Wstałam i zabrałam od Hebiego miecz ćwiczebny. Chwyciłam go pewnie i zakręciłam zgrabnego młyńca. Spostrzegłam, że mój towarzysz mi się przygląda. Szybko omiotłam się wzrokiem.
- Co? – zapytałam.
- Nic... Tylko... Lepiej wyglądasz tak ubrana – powiedział chyba zanim zdążył pomyśleć, bo po chwili zdał sobie sprawę z własnych słów i zarumienił znowu.
- Bardzo dziękuję za komplement, paniczu Hebi – wyrecytowałam i ukłoniłam się głęboko chwytając tunikę jakby była wytworną suknią. Puściłam przy tym oko do chłopaka. – No to teraz może zatańczymy?
- A to nie ja powinienem prosić do tańca? – zapytał wstając.
- Cóż, jestem niegrzeczną dziewczyną, na dodatek zapewne znowu poszukiwaną, więc mogę prosić mężczyznę do tańca. Bo niby kto mi zabroni?
- Poszukiwaną? Zwiałaś z rezydencji Kane’a, tak? – Hebi wydawał się być zadowolony z perspektywy doprowadzenia Strażnika do szewskiej pasji.
- Cóż, mój drogi Hebi. Przez większe pół życia ćwiczyłam ucieczki przed moim ojcem i jego ludźmi, mam wprawę. Ale była jedna lekcja, której nigdy nie opuszczałam – stanęłam w lekkim rozkroku z mieczem w dłoni. – To co z tym tańcem?
Hebi wziął drugi miecz i stanął naprzeciw mnie. Zaczęliśmy nasz mały pojedynek. Jako córka senatora odebrałam solidne szkolenie. Nie byłam więc tak łatwym przeciwnikiem jak mogłoby się Hebiemu zdawać. Mimo wszystko chłopak miał przewagę, może nie dorównywał mi szybkością i zwinnością, z której jakby nie patrzeć wierny słynęły (tak to było jedyne czego los i genetyka nam nie poskąpiły), ale przewyższał siłą, no i technikę tez miał lepszą. Kilka razy jednak udało mi się go trafić, a i mnie się oberwało i wiedziałam, że bez sińców to się nie obejdzie, nawet mimo tego, że starał się jak mógł ograniczyć siłę ciosów.
Cały czas śledziły nas zafascynowane oczy sługi, który niemal podskakiwał kiedy któreś z nas zadało cios.
- Dobra, ja już mam dość – wysapał Hebi. Ja też byłam pożądanie zmęczona.
- Składasz broń? Ale nie rozstrzygnęliśmy naszego pojedynku – żaliłam się.
- Może zostawmy to na inny raz.
- Skoro tak sobie życzysz – udałam zawiedzioną i podeszłam do ławki. Usiadłam i roztarłam rękę, w którą dostałam solidnie. Trochę bolała, ale wiedziałam, że gorzej będzie jutro.
- Pokaż... – powiedział Hebi i wziął mnie za rękę. Obejrzał zaczerwienienie, a kiedy go dotknął syknęłam mimowolnie. – Przepraszam, nie chciałem cię tak mocno uderzyć.
- Nie ma za co. Na treningach o wiele gorzej obrywałam, od ojca podobnie... – mruknęłam.

Od Kane'a

Kto szczeniakowi powiedział, że wykończyłem Ottawę? No oczywiście wiedziałem kto. Ten cholerny lis, Black. Myślałem, że to jasne, że młokos ma o tym nie wiedzieć, najwidoczniej się myliłem. Zastanawiałem się czasami czy to ja spodziewam się za dużo po ludziach, czy to oni robią mi na złość. Musiałem sobie ze starym chytrusem porozmawiać. Ale nie miałem teraz do tego głowy, tym bardziej, że Shrik szalał. Jeżeli wścieknę się na lisa, to nawet jego sztuczki mu nie pomogę.
Teraz najważniejsze było to, że Hebi przestał grać. Wolałem najgorsze skurwysyństwo, ale szczere niż krycie się po kątach ze swoimi zamiarami. Niestety szczerość w cesarstwie była towarem niezwykle deficytowym. Za ten głupi pomysł, żeby trzymać mnie z dal od sprawy miałem wielką ochotę siłą wybić samowolkę z łba Hebiego. Byłem jednak z tego zadowolony, bo to świadczyło o tym, że ze szczeniaka może jednak coś wyrośnie. No i być może narażałem swój tyłek jednak w słusznej sprawie. Wiedziałem, że mały mi nie ufa, zdziwiłbym się gdyby tak było, zważywszy na moją reputację, musiałem jednak zadbać o to, żeby nie miał przede mną zbyt wielu tajemnic. To mogłoby nas obu zbyt dużo kosztować.
Co do obaw Hebiego, to nie tak łatwo było wyrżnąć całą górę. Byłem pewien, że cesarz zastanawia się kogo, by tu powołać na Strażnika, za to senatorowie już naradzają się zastanawiając kogo by tu posadzić na stołki Ottawy. To stanowisko mogło przypaść trzem strażnikom. Normenel, Elemre lub, o broń wyrocznio, mnie. W tym cyrku nie można się było gorzej wpakować niż zostać Pierwszym Strażnikiem. Obowiązków od groma, w tym trzeba się było zajmować członkami rodziny królewskiej (chyba bym się pociął gdybym miał spędzać z blond debilem więcej niż pięć minut raz na kilka dni), a to oznaczało zero wolnego czasu. No cóż i tak go nie miałem, ale przynajmniej robiłem co mi się podobało.
Potrząsnąłem głową. Zmęczenie i upływ krwi dały wreszcie o sobie znać. Nie chciało mi się wracać do moich kwater w pałacu. Jednak perspektywa spędzenia choćby kilku godzin w tym domu nie należał do przyjemnych. Nienawidziłem tego miejsca, bo wszystko tutaj kojarzyło mi się z moim ojcem. Pamiętam dzień, w którym wyznałem mu co zrobiłem, że zabiłem Leriem, swoją siostrę. On podszedł do mnie, poklepał mnie po ramieniu i pogratulował mi siły. Wtedy po raz pierwszy nazwał mnie swoim synem, a nie bezużytecznym bękartem. Znienawidziłem go wtedy. Jego i wszystkiego co miało z nim jakikolwiek związek.
Wyszedłem z rezydencji i skierowałem się w stronę pałacu. Chłodne powietrze otrzeźwiło mnie trochę. Kiedy przekroczyłem próg swojej sypialni poczułem się nieco lepiej. Po prysznicu i butelce wina było mi już naprawdę dobrze, a kiedy się położyłem byłem niemal w niebie. Miałem tylko ogromną nadzieję, że tym razem świat pozwoli mi się wyspać.

od Hebiego

Wolałem poczekać kawałek dalej na korytarzu niż narażać się na ewentualną nocną wizytę Kane'a. Nie byłem na tyle masochistyczny, by chcieć ściągnąć na siebie senne koszmary. Jak podejrzewałem, Strażnik w końcu się pojawił. Był wkurzony, ale przyzwyczaiłem się już do tego.
- Co ty, kurwa, odwalasz, co? - syknął na mnie, chwytając mnie za ramię. Zabolalo, podrażnione mięśnie zaprotestowały głośno i wyraźnie przeciwko takiemu taktowaniu. - Idziesz ze mną do kwatery i koniec gadania. Mamy sobie coś do wyjaśnienia - mimo niepodważalnej przewagi masowej zaprotestowałem.
- Nie mam zamiaru nigdzie iść. I jeśli z łaski swojej mógłbyś mnie puścić, byłbym wdzięczny - fuknąłem na niego. Podziałało.
- Dobrze. W takim razie tu też może być.Co ty do cholery odstawiasz? Jeszcze tak nisko nie upadłem, żeby jakiś szczeniak musiał się mną opiekować. A już na pewno nie ty - westchnąłem w odpowiedzi, wywracając oczami.
- O czym ty znowu mówisz? Dajmon ci powywracał w głowie? - nie chciało mi się nawet udawać podwójnej osobowości.
- Właśnie, dajmon. Ale to za chwilę, najpierw bardzo chętnie posłucham, co masz mi do powiedzenia w obecnym temacie. Mówię o rozmowie na mieście. Co ty sobie, kurwa, wyobrażasz, co? Nie jestem szczeniakiem, jak ty, żeby potrzebować niańki.
- Mówię i robię, co mi pasuje, a tobie nic do tego. I z łaski swojej pomyślałbyś trochę szerzej, jeśli to nie zbytek trudu. Misiek już poszedł do odstrzału, jak dobrze pójdzie, to ktoś się wkurzy i będzie miał rybkę z grilla. Cholera jedna wie co po drodze. I co? Według ciebie ludzie będą jeszcze wiedzieć, co się dzieje, jak nagle zniknie cała góra, wybijając się wzajemnie? Trochę logiki - prychnąłem i odszedłem, zostawiając Kane'a samego. Był zupełnie zbity z tropu.
Gdy wszedłem do pokoju, Rakyo już w nim był, leżał na łóżku z książką w ręku. Wiedziałem, że to nie oznaka spokoju, a próby wepchania myśli w cokolwiek, byle nie to, co się wydarzyło. Nie przeszkadzałem mu.
- Moon! - zawołalem służącego. Chłopak pojawił sie natychmiastowo i ukłonił się lekko. - Jest tu gdzieś jakaś sola, gdzie można poćwiczyć fechtunek? - spytałem go. Trochę głupio mi było się przyznać, że nie pamiętałem dobrze rozmieszczenia pałacu.
- Oczywiście. Jest pan zainteresowany sprawdzeniem jej teraz, czy przygotować na jakąś konkretną godzinę? - spytał usłusznie wampir.
- Teraz. Muszę się na czymś wyładować, a obawiam się, że poduszki chciałyby jeszcze trochę pożyć - uśmiechnąłem się z własnego żartu.
Sala treningowa nie była tak duża, jak przypuszczałem. Bardziej porównałbym ją do jakiegoś dojo w małej miejscowości czy wiosce samurajskiej, niż pomieszczenie w pałacu, gdzie nawet schowek na miotły był wielkości średniej klasy mieszkania. Nie przeszkadzało mi to jednak.
Wyciągnąłem ze stojaka jeden z mieczy drewniano-skórzanych i zacząłem kombinację różnych technik, by skupić się zupełnie na obecności i choć przez chwilę nie myśleć o tym, co muszę, a o tym, co chcę. Widziałem kątem oka, że Moon przygląda mi się zafascynowany. Nieco bawiło mnie jego podniecenie, dlatego zaczęłem podświadomie wybierać coraz bardziej teatralne ruchy.
W pewnym momencie drzwi do sali się otworzyły, zastając mnie w dość niezręcznej pozycji. Natychmiastowo się poprawiłem. Przy futrynie stała Irezaja.
- Podejrzewalam, że cię tu znajdę - uśmiechnęła się lekko.