wtorek, 20 sierpnia 2013

Od Irezaji


Nie mogłam pojąc co się stało. Biegiem popędziłam do łazienki. Stojąc pod prysznicem wciąż nie docierało do mnie to wszystko. Tylko dziwny ucisk mi o tym przypominał i sprawiał, że nie mogłam się uspokoić. Co ja narobiłam? Co powie Rakyo..? A Hebi? Przecież pewnie czuje się strasznie...
Potrząsnęłam głową. To przecież tylko sen... Realistyczny, ale sen. Przecież to nie mogło być możliwe.
Usiadłam skołowana. Ogion! Jeżeli ktokolwiek mógłby wiedzieć coś na ten temat to tylko on.
Ubrałam się pospiesznie i poszłam prosto do komnat nekromanty. Zapukałam i stałam przed drzwiami próbując uspokoić oddech.
- Irezaja? Coś się stało? – zapytał elf wpuszczając mnie do środka.
- Nie... To znaczy... Chciałam cię o coś zapytać.
- Oczywiście, usiądź – zrobiłam jak kazał, zastanawiając się jak zacząć.
- Wiesz sporo o duszach...tak?
- Owszem. Całkiem sporo. Jeszcze za życia bardzo się tym interesowałem.
- A czy... – nie bardzo wiedziałam jak to ująć. – Czy dusza może sobie sama podróżować?
- Owszem, czasami. Dusze wystarczająco silne lub podzielone mogę odrywać się, w pewnym sensie, od ciał i przenosić się. Sam często z tego korzystam.
- A czy dusze mogą to robić... wbrew naszej woli? – Próbowałam jak mogłam ukryć drżenia dłoni.
- Cóż... teoretycznie to możliwe. Dusze, szczególnie stare, takie, które odradzały się kilkakrotnie, posiadają wolną wolę i czasami działają wbrew umysłowi – podsumował. Po czym spojrzał na mnie uważnie. – Irezajo co się stało? Jesteś strasznie blada...
- Nie, to nic... Mam jeszcze jedno pytanie, czy to co robiłaby taka dusza poza ciałem, może odbić się na fizyczności?
- Owszem, to częste zjawisko. Jeżeli dusza w trakcie podróży zostanie zraniona, może to odbić się na ciele i pojawią się w tedy samoistnie takie rany, jakie otrzymała dusza.
- A więc to prawda... – wyszeptałam. Wyrocznio! Jak ja spojrzę Hebiemu w oczy?!
- ... się czujesz? – dopiero teraz zauważyłam, że Ogion klęczy obok mnie.
- Co...?
- Pytałem czy dobrze się czujesz... Może jednak wezwać kogoś? Może Atrael powinien cię zbadać?
- Nie... Nie trzeba. Ja już pójdę – zmusiłam się do uśmiechu. – Nie martw się, wszystko ok.
Zanim Ogion odpowiedział wyszłam pospiesznie. 
Wracałam właśnie do siebie, gdy po drodze niemal wpadłam na Hebiego. Odskoczyłam od niego jak oparzona. Mimowolnie zaczęłam szukać miejsca, w którym mogłabym się schować.

Od Kane'a

Hebi wszedł w samą porę, bo właśnie miałem ogromną ochotę wybić zęby jaguarowi. Jego ugłaskany pysk i starannie ułożone włosy już same w sobie wydawały mi się dobrym do tego powodem. Na dodatek ten jego sposób bycia. Cesarz od dawna chciał mieć w Straży swojego przydupasa, na szczęście wszyscy Strażnicy mieli swój własny rozum. Tym razem jednak mogło mu się udać, bo Lorrem wydawał się zapatrzony w starego jak w obrazek.
- Jak będziesz mi potrzebny to po ciebie poślę – warknąłem na nowego i wyszedłem z Hebim nie czekając na odpowiedź.
Chłopak był w nieciekawym stanie psychicznym. Był roztrzęsiony. Podejrzewałam, że chciał się wyładować. Padło na mnie, bo na kogo niby innego?
Weszliśmy do sporej sali treningowej, która została budowana na poleceni mojego ojca. Ta sala była do wyłącznej dyspozycji Straży Cesarskiej. Każdy z nas miał tu prywatną zbrojownię. Nie było tu też sprzętu ćwiczebnego, jedynie prawdziwa broń. Wszedłem do swojej zbrojowni i wyciągnąłem dwa niedługie sejmitary.
- No dobra, młody. To powinno być ciekawe.
Hebi staną naprzeciw mnie z Tyflingiem w dłoniach. Pozwoliłem by zaatakował pierwszy. Sparowałem atak jednym ostrzem i zaatakowałem drugim. Chłopak odskoczył i wykonał zgrabny unik. Nie dałem mu czasu na zastanowienie, okręciłem się wokół własnej osi, atakując kolejno oboma ostrzami. Młodzik pierwsze sparował, drugie minęło go o cal.
Nasz pojedynek rozkręcił się w najlepsze. Upajałem się dźwiękiem stali. Wymienialiśmy ciosy raz po raz. Musiałem przyznać, że Black wykonał kawał dobrej roboty szkoląc dzieciaka. Na dodatek sam Tyfling kierował ruchami chłopaka szukając co i rusz jakichś luk w mojej obronie. Byliśmy niemal równie szybcy i zwinni, jednak ja przewyższałem chłopaka pod względem fizycznym i to sporo. Byłem pewien, że parowanie moich ataków kosztuje go sporo wysiłku, widziałem jak poprawia dłoń na rękojeści miecza, kiedy palce drętwiały mu od kolejnego uderzenia. Moja oburęczność też zdecydowanie utrudniała życie Hebiemu. 
Miałem jeszcze jeden atut, nabyty całkiem niedawno. Nie męczyłem się, wcale. Dlatego po niemal godzinie zmagań Hebi był wykończony. Ja natomiast nie odczułem jakoś specjalnie trudów walki.
Kiedy dzieciak zrobił głupi błąd i ostrze mojego miecza ześliznęło się niemal go trafiając, postanowiłem, że koniec zabawy.  Wykonując piruet podciąłem mu nogi i przyłożyłem mu ostrze do gardła gdy upadł. Stopą natomiast przydepnąłem czarne ostrze.
- No to jesteś właśnie martwy – powiedziałem. – A teraz powiesz mi co cię gryzie, czy będziemy się tak tłuc, aż padniesz tu z wycieńczenia? – zapytałem pomagając mu wstać.
- Nic... – wymamrotał, kiedy udało mu się złapać oddech.
- Taaa... a ja się nadaję do zakonu... – zakpiłem. – Hebi. Nie wiem czy dotarły do ciebie ostatnie wydarzenia, ale tak się składa, że czuję twoje emocje i właśnie zaczynam się przez nie zastanawiać, z którego mostu najlepiej się rzucić.
Chłopak spojrzał na mnie. W jego oczach strach mieszała się z poczuciem winy. Wtedy przed oczami stanęła mi Irezaja... w dość niedwuznacznej sytuacji. Zamrugałem gwałtownie, odpędzając wizję.
- Ja pierdolę! Ty! Dobrałeś się do młodej senatorówny?! – zapytałem. To było tak absurdalne, że niemal parsknąłem śmiechem. W głowie mi się nie mieściło, że Hebi mógłby za rękę potrzymać kogokolwiek oprócz Rakyo, a tu coś takiego.
- Zamknij się! Nie tak głośno! – warknął chłopak. – To nie tak... To nie ja... to znaczy nie fizycznie ja... – tłumaczył się.
- Możesz jaśniej? Bo mimo wszystko nic oprócz nagiego tyłka małolaty nie udało mi się wyczytać. Swoją drogą, ciekawe miałeś widoczki... – Irezaja faktycznie była bardzo rozwinięta, jak na swój wiek. Hebi spojrzał na mnie jakby chciał zmienić mnie w kupkę popiołu.
- Mówię ci, że to nie ja! Miałem wizję, jej i siebie, tak jakby to moja dusza... to zrobiła. Przecież wiesz, że ja nigdy bym nie... – chłopak usiadł i ukrył twarz w dłoniach.
- Spokój młody, jak na razie nic konkretnego się nie stało. Jeżeli to było tylko w sferze... duchowej, a na dodatek nad sobą nie panowałeś...
- Nie rozumiesz. To było silne, bardzo. I czułem się po tym zmęczony fizycznie, na dodatek znalazłem ślady jej krwi...
- No to masz przejebane... – podsumowałem.
- Dzięki, że mi to uświadomiłeś – mruknął chłopak.
-  Smoczysko wie?
- Oczywiście, że nie...!
- No to dobrze, bo nie uśmiech mi się ukręcenie mu łba, a to właśnie musiałbym zrobić, gdyby wpadł w szał i próbował wymordować wszystko na swojej drodze. Ale wszystko po kolei i na spokojnie – usiadłem obok Hebiego, żeby się zastanowić. Shrik wylazł i położył się obok. Podrapałem go za uchem, dzieciak też poklepał go po łbie. Dziwne. Tygrys zrobił się ostatnio dziwnie spokojny i... czuły. Nie wiedziałem czy mnie to cieszy, czy martwi.
- Pamiętasz co Orobas mówił o tobie? O twoje duszy i tak dalej...? – zapytałem.
- Tak...
- Może o to właśnie chodzi. Może ty i nasza łuskowata kotka znaliście się w przeszłym wcieleniu? I wasze dusze postanowiły... pofiglować... z tej okazji.
- Cóż... Tyfling wspominał coś, że mogłem się bardziej postarać po latach... – chłopak zdał sobie sprawę z tego co powiedział i zaczerwienił się po uszy. Poklepałem go po plecach.
- No młody. Tak to jest jak się nie ma doświadczenia z kobietami i bierze od razu za dziewice.
- Błagam... dość... – wyjąkał.
- No dobra, dobra, ale jeżeli ona też nie do końca była świadoma tego co robi, to pewnie też jest obecnie w nieciekawej formie... Więc sądzę, że powinieneś z nią pogadać – powiedziałem. Hebi spojrzał na mnie niepewnie i westchnął głośno. To miały być dla niego ciężkie chwile.

od Hebiego

Obudziłem się zlany potem, a moja psychika była zmęczona, jak gdyby walczyła całą noc... bo tak właściwie walczyła. Nie wiem, dlaczego, ale miałem sen wizyjny, nad wyraz realistyczny i szczegółowy. A najgorsze było, że chyba miał wpływ na rzeczywistość. Byłem w nim ja... drugi ja i Irezaja. W sumie, to nie mam pojęcia nawet, jak to opisać. Toczyłem walkę z samym sobą, jak gdyby coś we mnie było i miało odmienny pogląd na życie, niż moje "normalne" ja. Gdy otwarłem oczy, po policzkach spływały mi łzy bezsilności. Rozejrzałem się, Rakyo spał w formie smoka, zwinięty w kulkę pod ścianą. Wyglądał wyjątkowo rozczulająco i bezbronnie jak na potwora z kłami wielkości mojego przedramienia. Podszedłem do niego na czworakach i pogładziłem po nozdrzach. Nie pomogło się uspokoić.
- Rakyo... przepraszam... ja nie... - nie wiedziałem, co mam powiedzieć śpiącemu smokowi, ale wiedziałem, że nie może się bezpośrednio dowiedzieć. Zabiłby dziewczynę na miejscu, likwidując wszystko w otoczeniu dla "marginesu błędu". Pod ścianą zabrzęczało coś metalicznie. Zdziwiony popatrzyłem w tamtym kierunku i zobaczyłem Tyflinga z owiniętym na rękojeści Toshiro.
- Na mnie się nie patrz, ja tu jestem od ostrza, a nie twoich fantazji na tle erotycznym - miałem wręcz wrażenie, że Toshiro wzrusza czymś, co przypuszczalnie byłoby ramionami, gdyby je miał.
- Toshi... Nie powiesz mu, prawda? Nie możesz... ja...
- Tak, tak, wiem. Lubię stolicę w takim stanie, jak jest na razie. No, może wyłączając kilku nieproszonych gości, ale... Co zamierzasz zrobić? - spytał wąż, zachęcając mnie gestem, żebym wziął miecz do ręki. - Uspokoi cię. Nie zapominaj, że ja żywię się uczuciami, ale on strachem. Poza tym, niejedno już widział z twoim udziałem.
- Nie mam pojęcia, co powinienem zrobić... - zawahałem się, zaplatając palce na czarnej skórze. Była ciepła i lekko pulsowała. Świadomość miecza natychmiast pojawiła się w moim umyśle, rzucając kilka fachowych uwag na temat błędów technicznych, jakie popełniłem w nocy. Miałem tego dosyć i już miałem rzucić ostrzem, gdy się uspokoił.
Przepraszam, przepraszam. Po prostu dawno nie byliście razem, to mógłbyś się choć trochę bardziej postarać nad pierwszym po latach wrażeniem. wydawało mi się, że miecz się ze mnie śmieje. Ja nie podzielałem jego optymizmu.
Jakie znowu pierwsze po latach spotkanie? Co ty chrzanisz?
To ty nie pamiętasz?
Co mam pamiętać?! brała mnie złość, gdy miecz zaczął ze mną grać.
W takim razie, ja nie mogę ci powiedzieć. Nie jestem do tego uprawniony.
Teraz mi jeszcze każesz jakieś podanie napisać, co? prychnąłem.
- Miecz ma rację. Jeśli nie pamiętasz, to znaczy, że w przeszłości zażyczyłeś sobie, żeby tak było. Więc nam nic do tego, póki sam nie znajdziesz odpowiedzi - Toshiro był wyjątkowo zgodny z Tyflingiem.
Przerwaliśmy, gdy Rakyo obudził się z głośnym ziewnięciem. Nieśpiesznie wstał, rozprostowując kolejno łapy, skrzydła i szyję.
- Nie zmieniaj się z powrotem - powiedziałem do niego. Smok popatrzył się na mnie zdziwiony. - Możemy wracać? - kiwnął głową bez większego przekonania. Wsiadłem na jego grzbiet, zabierając ze sobą Tyflinga.
Gdy tylko wróciliśmy, udałem się do kwatery strażników. Podejrzewałem, że to tam będzie Kane o tej porze. Nie myliłem się. Rozmawiał z jakimś dajmonem, pewnie swoim podwładnym lub nowym Strażnikiem.
- Kane - przerwałem mu w pół słowa. Dajmon popatrzył na mnie ze złością, ale szybko zmienił ją na czyste zdziwienie, gdy zobaczył, kim jestem.
- Panicz Hebi! - wstał, kłaniając się. Starannie ułożona koszula, dopięte wszystkie guziki, włosy zaczesane w idealnie składny sposób. Nie zaprotestowałem. Wyglądał mi na typ salonowca, mój sprzeciw tylko by go zakłopotał.
- Myślałem, że jesteś na wycieczce, cóż to się stało? - Kane był cyniczny jak zwykle. Może i dobrze, bo jego uprzejmość jakoś by mi nie pasowała do jego obrazka. - I to w dodatku bez tego swojego... - nie dokończył, gdy odrzuciłem połę tuniki, ukazując Tyflinga.
- Wstawaj, chcę pojedynku - zażądałem.
- Tutaj? - demon był wyraźnie zdziwiony i niepewny, jak powinien się zachować. Skinąłem głową. Podejrzewałem, że znał jakieś moje uczucia, ale po pierwsze moja propozycja było dla niego zbyt dużym szokiem, a po drugie Tyfling z czystą radością na zbliżającą się walkę potencjalnie zaburzał mu przekaz. Mimo wszystko, miecz był spokojny, jak gdyby rozumiał, że nie chcę zbyt dużego przelewu krwi. Na razie był. - No tak... w końcu chyba lepszego miejsca jak koszary w okolicy nie ma.

poniedziałek, 19 sierpnia 2013

Od Kane'a

Wreszcie wszyscy się rozeszli. Niestety nie mogłem sobie pozwolić na odpoczynek. Bezzwłocznie udałem się do biura cesarze.
Wszedłem zapowiedziany przez strażnika i pokłoniłem się.
- Kane. Nareszcie...  – głos uwiązł staremu w gardle kiedy zdał sobie sprawę z tego, co teraz stoi przed nim – Co się, do cholery jasnej stało?!
- Dość długa historia, panie, sprowadza się jednak do tego, że musiałem się... zmienić.
Cesarz spojrzał na mnie uważnie. Zastanawiał się nad czymś intensywnie przez dłuższą chwilę.
- Mam nadzieję, że ta... zmiana, nie przeszkodzi ci w służbie cesarstwu.
- Zaręczam, panie, że moja skuteczność, mogła wręcz wzrosnąć.
- Tego się właśnie obawiam... – wymruczał cesarz. Sądził zapewne, że tego nie usłyszałem, bo kontynuował jak gdyby nigdy nic. – Oficjalnie zostałeś mianowany Pierwszym Strażnikiem. Na twojej głowie będzie koordynowanie działań w razie konieczności. Przeszkolisz nowego i zadbasz o to by dobrze mi służył. Zajmiesz się też treningiem mojego syna.
- Wybacz, panie, ale czy jesteś pewien, że oddanie Abiliona pod moją kuratelę jest rozsądne?
- Nie mam wyjścia i dobrze o tym wiesz. Szkolenie następcy tronu zawsze jest obowiązkiem Pierwszego Strażnika. Nie zerwę z tradycją – widać było, że cesarz bardzo niechętnie oddawał blond kretyna w moje ręce. Mogłem się założyć, że moja niechęć do debila była jednym z powodów dla których to mnie przypadło to stanowisko. Mogłem z imienia wymienić co najmniej kilkunastu senatorów, którzy byliby bardzo zadowoleni, gdyby wrednemu szczeniakowi przytrafił się podczas treningu wypadek, najlepiej ze skutkiem śmiertelnym.
- Dobrze więc, panie. Zajmę się tym – wiele wysiłku kosztowało mnie, żeby powstrzymać się od śmiechu. Na samą myśl, że będę mógł spuścić solidny łomot blond kretynowi, humor mi się poprawiał. Możliwość wykrwawienia durnia rekompensowała mi nawet fakt, że będę musiał z nim przebywać.
- Panie, Strażnik Zarharrin przyszedł – oznajmił strażnik.
- Wprowadzić – powiedział cesarz, strażnik kiwnął tylko głową. Po chwili do biura cesarza wszedł nowy Strażnik. Pierwszy raz widziałem go na oczy, ale wiedziałem o nim całkiem sporo.
- Panie – dajmon jaguar uklęknął. Wstał dopiero na znak starego.
- Lorremie, to jest Kane, będziesz wykonywał jego rozkazy.
Jaguar spojrzał na mnie i otworzył szeroko oczy, w których mieszało się zdziwienie i nienawiść. Zapowiadało się przecudnie.
- Demona... – warknął.
- Doradzałbym spokój – powiedziałem. Shrik wyczuł zagrożenie i miał wielką ochotę wyleźć. Powstrzymałem go jednak.
- Panie, mam słuchać rozkazów demona? To niedorzeczne... – sprzeciwiał się nowy.
- Wydałem ci rozkaz! Więcej nie powtórzę! – staremu jak zwykle puściły nerwy. Już tak miał, gdy ktoś ośmieli się kwestionować jego słowa. Nie mogłem zliczyć ileż to razy ja byłem powodem jego wściekłości. Mimo to jakoś nigdy mnie to za bardzo nie obchodziło. Nowego obeszło najwidoczniej, bo schylił głowę i przeprosił, przysiągł przy tym posłuszeństwo, także mi.
Nienawidziłem tego typu ludzi. Takich, którzy płaszczyli się i łatwo było im narzucić swoją wolę. Ale cóż. Miałem mu tylko pokazać co i jak, sprawdzić jego zdolności bojowe i inne, które mogłyby być przydatne. Reszta... niech radzi sobie sam. Każdy Strażnik sam doszedł do własnych wpływów i sam zdecydował jakie umiejętności będzie wykorzystywał w służbie cesarstwu. Jego też to nie ominie.
Cesarz pozwolił nam wyjść, a ja mogłem nieco odetchnąć. Wszedłem do swoich kwater i usiadłem ciężko. Musiałem poukładać sobie co nie co w głowie. Wiedziałem czym jestem i co to z grubsza oznacza, ale o dziwo nie czułem się jakoś specjalnie inaczej.
Usłyszałem pukanie. Oczywiście, bo cóż by to było, gdybym miał chwilę na rozmyślanie.
- Proszę – wymamrotałem.
Do pokoju weszła Vicca. Słyszałem jej przyspieszony oddech, niespokojny rytm jej serca. Dziewczyna nie odezwała się do mnie, po prostu podeszła i usiadła na opieraniu fotela. Schyliła się, jej twarz była tuż obok mojej.
- Mogę wiedzieć, co ty kombinujesz...? – zapytałem, choć za dobrze wiedziałem, co dziewczyna zamierza.
- Chcę być twoja – powiedziała i pocałowała mnie. Zarzuciła mi ręce na szyję i przyciągnęła mnie mocno do siebie. Chwilę zajęło mi wyswobodzenie się z jej uścisku.
- Vicca, przestań proszę...
- Nie! – nigdy chyba nie słyszałem tyle złości w jej głosie. Vicca zawsze była spokojna i opanowana. Chociaż ostatnie wydarzenia mocno nadwątliły jej spokój. – Dlaczego?! Co jest we mnie tak odrażającego, że nie chcesz mnie dotknąć?!
- Vicca, co ty pieprzysz? Uważasz, że mówię „nie”, bo nie podobasz mi się fizycznie?
Walkiria była zmieszana przez chwilę.
- A jaki inny powód możesz mieć?! Dlaczego mnie nie chcesz?
Westchnąłem ciężko. Nie ma na świecie istot bardziej niesamowitych niż kobiety. Ich pokrętna logika nawet świętego doprowadziłaby do postradania zmysłów.
Vicca była przepiękną istotą i jako mężczyzna pragnąłem jej. Ale to, co czuła do mnie sprawiało, że była poza moim zasięgiem. Zrobienie z niej mojej kobiety oznaczałoby pewną obietnicę. Sprawiłoby to, że jeszcze mocniej przywiązałbym ją do siebie, a tego nie chciałem. Chciałem, żeby dziewczyna znalazła sobie normalnego mężczyznę, takiego, który szanowałby jej uczucia i potrafił je odwzajemnić.
- To nie prawda, że mi się nie podobasz... – zacząłem.
- Więc dlaczego? W czym Normenel jest lepsza? – wiedziałem, że imię anielicy padnie prędzej czy później.
- Dlatego, że nie jestem mężczyzną dla ciebie, do cholery. Znajdź sobie kogoś, kto ci będzie mówił, że cię kocha, kto zrobi ci dzieciaka...
- Myślisz, że tylko ja cię kocham?! – wrzasnęła. – A widziałeś Normenel? Ona darzy cię takim samym uczuciem jak ja, a mimo to pozwoliłeś jej być blisko siebie.
- Bo ona jest w stanie zrozumieć, że to nic poważnego... – zacząłem, ale urwałem nagle, bo nie byłem tego taki pewien. Widziałem oczami duszy Hebiego, jak Normenel płakała nad moim ciałem. Przyjaciółka tak nie płacze nad zmarłym. – Vi, do cholery jasnej, ja po prostu nie chcę cię skrzywdzić...
- Ale to robisz. Nic mnie tak nie boli, jak twoja obojętność. Nic tak nie łamie mi serca jak to, że inne mogę choć przez chwilę mieć cię na własność, a ja nie...
- I o to właśnie chodzi. Związek ze mną nic dobrego ci nie przyniesie. Ja nie wiem czy byłbym w stanie się zmienić – potarłem dłońmi czoło. Czułem się coraz bardziej zmęczony emocjonalnie. Moje życie mi odpowiadało. Lubiłem niebezpieczeństwo, alkohol i kobiety, niekoniecznie w tej kolejności. Czasami naturalnie myślałam nad innym, spokojniejszym, bardziej poukładanym życiem, ale czy ja się do tego nadawałem? Ja? Kane, wielki, wredny i niebezpieczny Strażnik Cesarski, o którym było chyba więcej plotek niż o samym cesarzu.
- Wiem jaki jesteś. Znam twoje wady. Nie chcę, żebyś się zmieniał, bo takiego cię pokochałam. Chcę tylko żebyś pozwolił mi cię kochać.
Westchnąłem tylko kiedy uklękła przede mną i ujęła moją twarz w dłonie. Nie miałem już siły się z nią kłócić. Kiedy pocałował mnie żarliwie oddałem pocałunek. Nie broniłem się już więcej. Pozwoliłem, by zwierzęca natura zwyciężyła nad umysłem.

Od Irezaji


Obecność Kane’a dziwnie na mnie działała. Bałam się go. Czułam w nim ten sam chłód, który promieniował od Orobasa i Kagatha.
- Dobrze się czujesz? – zapytał Aeoran.
- Tak – odpowiedziałam ciut za szybko. Pół smok spojrzał na mnie podejrzliwie, ale nic nie powiedział.
Kiedy wszyscy się rozeszli spoglądałam jak Hebi i Rakyo wychodzą razem. Smok był nieco podniecony i niecierpliwy. Kierując się do swoich komnat czułam jak dusza Hebiego oddala się. Miałam nadzieję, że gdziekolwiek zabrał go smok wszystko będzie w porządku.
- Jak się mają Hebi i Kane? – zapytała Gizelle, kiedy usiadłam w swoim pokoju.
- Hebi dobrze, choć był trochę skołowany. Rakyo gdzieś go zabrał, ale skora z nim będzie to wszystko w porządku. Co do Kane’a to... cóż niektórzy mogą doznać sporego szoku, kiedy rozejdzie się wszem i wobec, czym teraz jest...
- Nie sądzę, żeby mu to za bardzo zagroziło – podsumowała nimfa.
- Jest teraz demonem... Demon w Straży Cesarskiej...
- Kane zawsze był mroczną postacią. Od zawsze dbał by inni czuli do niego respekt i strach. Władzę dają strach, pieniądze lub uwielbienie. Kane bardzo sprytnie posługiwał się strachem i majątkiem, żeby dojść do władzy i dzięki temu jest dziś jednym z najbardziej wpływowych ludzi w cesarstwie. Poza tym jego tygrys już od dawna nie był zwykłym dajmonem, o ile kiedykolwiek nim był.
- Jak to nie był zwykłym dajmonem? – zapytałam. Shrik owszem przerażał mnie, ale chyba jak każdego.
- Dajmon to część duszy. Owszem, ma w pewnym sensie wolną wolę i tak dalej, ale żaden dajmon nie skrzywdzi swego pana. To po prostu nie możliwe. A Shrik nie tylko sprawiał ból Kane’owi, ale robił to celowo. To nie jest normalne.
- Skąd tyle o nim wiesz?
- Cóż... – Gizelle westchnęła. – To właśnie Kane przekreślił moją karierę skrytobójczyni.
- Jak to...?
- Widzisz, skrytobójca musi wykonać zlecenie lub umrzeć próbując. Takie są zasady. Byłam dobra, nawet bardzo, w tym co robiłam, aż pewnego razu dostałam zlecenie, które mnie przerosło...
- Twoim celem był Kane?
- Owszem. Próbowałam go zabić, ale nie udało mi się. Podczas naszego małego pojedynku Shrik uwolnił się i rzucił na mnie. Cudem się uratowałam. Kane się wściekł i zaatakował własną bestię. Obronił mnie przed tygrysem i sam został przy tym ranny. Byłam tak zaskoczona, że nawet przez myśl mi nie przeszło kontynuowanie zlecenia. A Kane, jak gdyby nigdy nic, puścił mnie wolno.
- Dlaczego to zrobił? Przecież chciałaś go zabić...? – zapytałam.
- Nie wiem... Nigdy nie pytałam. Wiesz... Kane jest... Nawet trudno to określić. On po prostu chodzi własnym ścieżkami i robi co mu się podoba. Tak było chociażby gdy pomógł chłopcom z FALCON’u mnie uwolnić. Informacje, które posiadałam nie były warte aż tyle. A przekupienie straży, zdobycie klucza, to wcale nie mogło być łatwe i tanie. Podobnie z pomocą tobie czy Hebiemu. Teoretycznie Kane nie ma z tego żadnej korzyści. A przecież nikt nie stwierdziłby, że robi to z czystego serca. Jaki ma w tym cel, tego nikt nie wie.
- Mówił, że Assamira zapłaciła...
- Tak ci powiedział? – na twarzy nimfy zaigrał uśmiech. Nie chciałam pytać dalej.
Czułam się nieco dziwnie. Byłam zmęczone.
- Położę się... – powiedziałam.
- Oczywiście – Gizelle wyszła.
Sen przyszedł szybko. Czułam się dziwnie, jakbym latał. Byłam dziwnie radosna i jakby czymś odurzona. Spoglądałam na dziki teren pode mną. Kiedy zatrzymałam się stałam w wielkiej grocie. Czułam magię, przepływała przeze mnie.
- Czekałem na ciebie... – odezwał się dźwięczny głos. To był Hebi. Stał nieopodal. Przyglądał mi się z uśmiechem. Chłopak był jakby nieco inny, coś zakłóciło jego chłopięcą niewinność, która tak budziła moją sympatię. W jej miejsce pojawiało się jednak coś innego, coś od czego płonęłam.
Rozejrzałam się uważnie szukając Rakyo.
- Jest za zasłoną, nie musisz się martwić. Śpi teraz, nie może dostrzec ani mnie, ani ciebie – powiedział.
- Tak... on... – wymamrotałam.
- Jesteś zazdrosna – skwitował z zalotnym uśmiechem i podszedł do mnie.
- Oczywiście, że nie jestem – żachnęłam się.
- Och, El. Gdyby nie to, że mnie nie okłamiesz, to może i bym ci uwierzył – położył mi dłoń na policzku.
- Kochasz go... – powiedziałam, ale nie odsunęłam się od niego.
- W tym życiu... – wymruczał mi do ucha. No tak, Rakyo, był dla niego ważny teraz, ale on przeminie. A ja trwać będę wiecznie. Zawsze, życie po życiu, będziemy się spotykać, gdy tylko nasze dusze będą gotowe. W końcu mi to obiecał.
Chłopak przyciągnął mnie do siebie i pocałował. Pragnęłam go bardzo. Jego dłoni na swoim ciele, jego oddechu tuż przy mojej skórze. Nie protestowałam gdy poprowadził mnie w głąb jaskini.
Zasyczałam z bólu, gdy stałam się jego własnością.
- Krwawisz... czyżbym był pierwszy? – zapytał z troską i czymś jeszcze. Satysfakcją.
- Zawsze jesteś... – wymruczałam i zachęciłam by kochał mnie dalej.
Nie chciałam opuścić jego ramion. Było mi tu tak dobrze. Ale wiedziałam, że muszę. Oboje musimy wrócić do naszych obecnych żyć.
- Do zobaczenie... – wyszeptał gdy odchodziłam. Nie odezwałam się, a jedynie uśmiechnęłam. Pozwoliłam by wir porwał mnie z powrotem. Daleko od tego miejsca, daleko od magii, daleko od niego.
Obudziłam się rozpalona. Oddech mi się rwał. Pierwszy raz w życiu miałam tak realistyczny sen. Spróbowałam usiąść i wtedy poczułam ucisk w podbrzuszu. Odrzuciłam nakrycie, na prześcieradle były krople krwi, krwi, której być tam nie powinno.