czwartek, 15 sierpnia 2013

Od Kane'a

Nie wiedziałem gdzie się znajduję. Było zimno, ciemno, a ja byłem tak bardzo słaby. Samo oddychanie wymagało  niemal nadludzkiego wysiłku. Powoli udało mi się przesunąć dłoń. Natrafiłem na coś futrzanego. Rozpoznałem od razu dotyk sierści Shrika. Tygrys leżał obok mnie, czułem pod dłonią jak jego klatka piersiowa unosi się i opada. Jego oddech był urywany, płytki, niespokojny. Jakby sprawiał mu tyle samo trudności co mi. Zadziwiał mnie jego spokój. Shrik zawsze warczał, zawsze domagał się uwagi, krwi. A teraz leżał tuż obok mnie, słaby i spokojny. Zacząłem gładzić jego futro. Zapomniałem jak jest miękkie. Kiedyś, dawno temu, bawiliśmy się razem. Śmiałem się do niego, traktowałem jak przyjaciela, czułem, że jest częścią mnie. Ale to było tak bardzo dawno. Od tak wielu lat jedyne co robiliśmy to walczyliśmy ze sobą. Staliśmy się tak różni jak to tylko możliwe. Dla tygrysa nie było nic oprócz żądzy krwi i zniszczenia. Ja nie chciałem ranić tych, na których mi zależało. Nie chciałem być bezmyślnym potworem. Zwalczałem jego agresję przemocą, a on odpłacał się tym samym raniąc mnie.
Usłyszałem przytłumiony krzyk. Nie od razu dotarł on do mojego otępiałego umysłu. Jeszcze trudniej przyszło mi rozpoznanie wołającego głosu. Był mi przecież znajomy, bliski. Tak wiele razy już go słyszałem.
Dopiero gdy usłyszałem krzyk po raz trzeci zdałem sobie sprawę z tego, że to głos Hebiego. Chłopak potrzebował pomocy, a ja leżałem tu słaby, nieudolny. Spróbowałem się podnieść, ale moja ciało odmówiło mi posłuszeństwa. Znów usłyszałem krzyk, tym razem głośniejszy, bardziej paniczny. Wiedziałem, że muszę się podnieść, muszę mu pomóc, miałem się przecież nim opiekować. Przesunąłem dłonie i napiąłem mięśnie. Zdołałem unieść się może na milimetr, gdy moje ciało znów opadło bezwładnie na ziemię. Nigdy wcześniej nie czułem się tak bezsilny, tak słaby. Poczułem coś wilgotnego na policzkach, a szloch wycisnął z moich płuc resztki powietrza niemal mnie dusząc. Mogłem tu po prostu zostać, leżeć w spokoju, czekać na koniec, jakikolwiek by on nie był. Ale nie mogłem. Nie mogłem się poddać. Nie mogłem zostawić chłopaka samego. Walczyłem z samym sobą.
- Shrik... – wychrypiałem ledwo słyszalnie. – Wstawaj. Musimy wstać, pomóc Hebiemu.
Tygrys nie zareagował.
- Cholerna bestio! – złościłem się na niego, na siebie, na własną słabość. – Jak tak, to warczysz, wściekasz się i nie można cię uspokoić, a kiedy cię potrzebuję... – zaszlochałem znowu. – Proszę...
Shrik zbliżył pysk do mojej twarzy, wydał przy tym pełen bólu pisk. Spojrzał na mnie swoimi błękitnymi oczyma, były mętne i bez życia. To właśnie była nasza wspólna cecha, oczy. Dzikie i błękitne. Budziły strach i zachwyt. A teraz były puste. Tygrys trącił mnie nosem. Przytuliłem do niego policzek.
Znowu krzyk, tym razem cichszy, słabszy.
- Nie... Nie! Nie zostanę tu! – warczałem. Ze wszystkich sił walczyłem z własną słabością. Moje ciało drżało, a w płucach płoną mi żywy ogień. Usłyszałem wściekłe warknięcie Shrika, on też się poruszył. To dodało mi otuchy i siły. Wiele mnie to kosztowało, ale udało mi się wreszcie unieść się na tyle bym mógł się rozejrzeć. Ujrzałem Hebiego. Mocował się w uścisku wielkiego, czarnego węża. Jego ciało wydawało się niezwykle wątłe w zestawieniu z łuskowatą bestią.
- Zostaw go! – warknąłem. Nie pozwolę tej cholernej bestii zrobić chłopakowi krzywdy.
Chciałem się podnieść, ale zachwiałem się i byłbym upadł, gdyby nie Shrik, który podsunął się tak bym mógł się na nim oprzeć. Razem wstaliśmy i powoli skierowaliśmy się w stronę węża. Z każdym krokiem czułem się silniejszy. Nie tylko ja z resztą. Tygrys również odzyskiwał siły. Kiedy tylko dotarliśmy do potwora, Shrik rzucił się na niego, a ja złapałem upadającego Hebiego. Mój dajmon walczył zaciekle z czarnym gadem, a ja starałem się ocucić chłopaka. Kiedy dzieciak otworzył oczy zapatrzyłem się w nie. Nie były brązowe tak jak powinny, ale błękitne. Błękitne i żywe. Zdałem sobie sprawę z tego, że nie patrzyłem w oczy Hebiego, tylko w swoje własne. Shrik i wąż również przestali walczyć i stali naprzeciw siebie. Nastolatek zadrżał w moich ramionach, wydawał mi się taki kruchy, jakby był maleńką cząstką czegoś większego.
- Chciałem żebyś ze mną wrócił... – wyszeptał. Jego głos był słaby.
- Wrócił dokąd? – zapytałem. Skąd się tu wziąłem? Gdzie jestem? Zastanawiałem się.
- To przeze mnie tu jesteś...  – wymamrotał i zaszlochał. Zamknął oczy i jakby stracił przytomność. Potrząsnąłem nim, bo zdałem sobie sprawę, że jego oddech słabnie.
- Hebi! Obudź się! Słyszysz? Musisz się obudzić... Proszę... – zaczęła ogarniać mnie ciemność, a moje ciało zaczęło płonąć. Z całych sił starałem się oprzeć temu uczuciu. Jakaś dziwna siła wycisnęła z moich płuc resztki powietrza, nie mogłem nawet krzyknąć, a ból był niesamowity. Ostatnie co zobaczyłem to Hebi, który wyciągał drżącą dłoń w moim kierunku i Shrik opleciony przez ogromnego węża.

- Hebi... – wycharczałem, nie do końca wybudziłem się jeszcze z dziwnego snu. Moje ciało było podobnie słabe jak we śnie. Dźwięki dochodziły do mnie jak przez ścianę. Otworzyłem oczy i spojrzałem na czyjąś zdziwioną twarz, później usłyszałem krzyk. Ten dźwięk wwiercił mi się w czaszkę z mocą pocisku. Jęknąłem i straciłem przytomność.

Od Irezaji

Czekanie zawsze jest najgorsze. Czułam niepokój to prawda, ale jakimś dziwnym sposobem wiedziałam, że Hebi wróci cały. Rakyo nie był już tego tak pewien. Chodził w tę i z powrotem.
- Uspokój się. On wróci – powiedziałam z pewnością w głosie.
- Jak możesz, do cholery, mówić mi, że mam być spokojny?!  TY?! – warknął na mnie młody smok. Nie wytrzymałam. Wstałam i wymierzyłam mu solidny policzek.
- Myślisz, że tylko tobie na nim zależy?! Nie tylko ty się martwisz! Może i jesteście razem, ale to nie znaczy, że on jest twoją własnością! – Rakyo zniżył wzrok.
- Przepraszam... – wybąkał.
- Wiem, że jesteś zdenerwowany, wszyscy jesteśmy.

Kiedy wreszcie Eirinn i smok nekromanty wylądowali wszyscy wyszliśmy pełni nadziei. Pierwszy zszedł Orobos niosąc Hebiego. Rakyo od razu pobiegł w ich stronę. Podeszłam do nich choć wiedziałam, że wszystko jest w porządku, czułam jego życie. Był nieco inny, ale żywy, zdrowy.
Usłyszałam krzyk rozpaczy. Spojrzałam w stronę Drakolicza. Na jednym z jego kręgów spoczywał Kane. Był martwy. Coś ścisnęło mnie za serce. Uniosłam dłonie do twarzy próbując powstrzymać łzy. Na ziemi przed kościanym smokiem klęczała Normanel. Tuż obok był Remes, który próbował ją podnieść. Coś mignęło z ogłuszającym krzykiem. To była Vicca. Eirinn dalej jeszcze w smoczej postaci pochwycił ją i zamknął w objęciach. Walkiria krzyczała i wyrywał się.
- Vi.. nie możesz... Słyszysz. Uspokój się, proszę... Nic nie można zrobić – dudnił głęboki smoczy głos przypominający warczenie i pełen rozpaczy.
Ogion wyglądał na jeszcze bledszego niż zwykle  gdy zdejmował martwe ciało strażnika z grzbietu smoka i polecił służącym zanieść je do jednego z pokoi posiadłości.
Nekromanta podszedł do nas.
- Rakyo weź proszę Hebiego do jednego z wolnych pokoi. Jeszcze przez jakiś czas wolałbym, żeby był blisko, tak abym mógł wyczuwać jego stan. Kiedy się obudzi może być wystraszony i zdezorientowany, dlatego musisz być przy nim.
- Pójdę z tobą... – zwróciła się do młodego smoka.
- Nie... – powstrzymał mnie elf. – Hebi potrzebuje teraz spokoju. Jego dusza musi się teraz ustabilizować. Czym mniej bodźców z zewnątrz tym dla niego lepiej.
- Dobrze... – zgodziłam się. Rakyo wziął Hebiego w ramiona i odszedł. Orobas zniknął zaraz za nimi.

Następna godzina była koszmarna. Remesowi i Eirinnowi wreszcie udało się uspokoić Normenel i Viccę. Obie siedziały teraz tuląc jedna drugą. Ich spojrzenia były puste. Nie mogłam sobie nawet wyobrazić co mogły teraz czuć. Zostałam z nimi, chciałam chociaż trochę pomóc, spróbować dodać im otuchy. Próbowałam, choć wiedziałam, że to na nic. Aeron siedział przy mnie. On też nie mógł uwierzyć, że Kane leży teraz martwy.
- Hebi... – usłyszałam. Aeron wstał i podszedł do ciała Strażnika.
- On żyje... – wymamrotał. Z moich ust wyrwał się mimowolny krzyk. Pierwsza zareagowała Vicca. Jak strzała podbiegła do dajmona. Położyła mu dłoń na policzku. Z jej oczu zaczęły płynąć łzy. Upadła na kolana i przycisnęła do ust dłoń mężczyzny.
- Żyje... – wyszeptała. Normenel podeszłą niepewnie do nich i cofnęła się mimowolnie.
- On... – wyglądała, jakby walczyła ze sobą. Remes i Eirinn stali niepewni co zrobić. W drzwiach stanął Ogion, Szybkim krokiem podszedł do nas i stanął jak wmurowany. Spojrzał w róg łóżka. Podążyłam za jego wzrokiem. Z cienia obserwowała nas niebieskooka bestia. Potwór  miał długie wężowe kły, które błyszczały złowieszczo i tygrysie ciało pokryte gęstym biało czarnym futrem, wężowy ogon wił się niespokojnie.Spojrzałam na Ogiona szukając wyjaśnienia.

Od Ogiona

Rakyo odszedł ze zwieszoną głową, a Hebi podszedł do mnie. To co miało się zdarzyć nie było łatwe dla żadnego z nas. Szczególnie zaś dla Hebiego.  Serce bolało mnie, że musiałem postawić na szali jego życie. Życie, które miał całe przed sobą.
- Eirinn, połóż proszę Kane’a na ziemi – smok zdjął swego pana z grzbietu Merrka i ułożył go posłusznie na polanie.
W tym miejscu była kiedyś wioska, której mieszkańców zdziesiątkowano. Było tu wiele dusz. Dusz, które mogłem prosić o pomoc. Dusz, które zapewniały mrok potrzebny do przeprowadzenia rytuału. Każda dusza, która widziałaby światło nie uległaby podziałowi, a zapragnęła jedynie opuścić ciało.
Stuknąłem laską, z chmury dymu wyskoczył Sękol.
- Eirinn, Orobas, proszę was byście opuścili to miejsce. Sękol wskaże wam w jakiej odległości możecie się zatrzymać i będzie łącznikiem między mną a wami.
- Chyba żartujesz Małpo, że gdziekolwiek pójdę z tym demonem...
- Pójdziesz – powiedziałem tylko. Sękol nie miał wyboru jak mnie posłuchać. Orobas bardzo niechętnie poszedł za potworem. Hebi jednak nawet na niego nie spojrzał. Kiedy wyczułem, że reszta oddaliła się wystarczająco, położyłem dłoń na ramieniu Hebiego. Drżał lekko.
- Jesteś gotowy? – zapytałem go.
- Bardziej już nie będę – powiedział chłopak.
- Dobrze – wyciągnąłem z torby niewielki flakonik. – Wypij to proszę.
- Co to? – zapytał, ale posłusznie odkorkował buteleczkę.
- Napar z ziół, przede wszystkim – większość ziół była dość trująca, jednak toksyny były dobrane tak by neutralizować się wzajemnie. Mikstura miała za zadanie wydostać duszę demona na zewnątrz, ale nie pozwalała jednocześnie całkowicie mu się uwolnić.
- Boję się zapytać co to za zioła i co tu jest poza tym... – chłopak wlał do ust zawartość flakonika. Skrzywił się i zakrztusił.
- Teraz połóż się obok Kane’a. Wasze ciała muszą być możliwie jak najbliżej – chłopak posłusznie wykonał moje polecenie, jego wzrok już robił się mętny. Próbował jeszcze przez chwile walczyć o zachowanie świadomości, ale ta walka była bezcelowa.
Wbiłem swój kostur w ziemię.
- Azehoo! – zawołałem. Ziemia zadrżała. Pojawiła się przede mną dusza martwej smoczycy. Tuż za nią zjawiły się banshee. Jedenaście upiorzyc, wszystkie były kiedyś walkiriami, których śmierć nie potrafiła wygnać w zapomnienie.
- Czego ci potrzeba, panie? – usłyszałem.
- Przywołaj tu swoje ciało. Utwórz krąg z kości – Azehoo zadrżała, ale wykonała moje polecenie. Kiedy krąg był już gotowy osiem banshee rozeszło się stając na kościanym kręgu. Jedna z nich podeszła do mnie kładąc mi dłonie na ramionach, pozostałe dwie uklękły obok Kane’a i Hebiego.
Zamknąłem oczy. Oddzieliłem fragment własnej duszy od ciała i posłałem go by  odnaleźć demona. Potwór, którego Hebi skrywał w sobie był wyraźnie zdezorientowany, próbował odzyskać świadomość. Moje zaklęcie i duchowa moc banshee pętały go jednak. Demon przykuty był duchowymi więzami do duszy Hebiego, która była teraz podobnie zdezorientowana jak potwór. Złapałem Lymerytha za krtań i zmusiłem go aby spojrzał mi w oczy. Drugą dłoń położyłem na jego klatce piersiowej. Demon warknął i szarpnął się kiedy moja moc zaczęła rozdzierać go na dwoje. Dusza Hebiego skręciła się i zaczęła krzyczeć. Oboje czuli to samo. Ten sam rozdzierający ból. Nie mogłem jednak w żaden sposób tego zneutralizować. Wiedziałem też, że duchowe więzy nie pozwolą mi podzielić jedynie duszy demona. Nie mogłem teraz jednak przestać, to było zbyt niebezpieczne.
Kiedy skończyłem dusza Hebiego upadła. Migotała i trzęsła się. Udało mi się jednak uszkodzić ją w stopniu tak małym, jak było to możliwe. Lymeryth nie miał się tak dobrze. Leżał warcząc, nie mogąc się ruszyć darł powietrze jedyną pozostałą mu dłonią, druga była ledwo widoczna i bezwładna. Hebi był bezpieczny, a osłabienie demona mogło nawet ułatwić mu życie w przyszłości.
Teraz nadszedł czas na Kane’a. Obie części duszy dajmona były niezwykle słabe. Ani Kane, ani tygrys, nie wykazywali świadomości. Mimo to próbowałem ze wszystkich sił obudzić je i wpleść duszę demona w duszę Shrika. Kiedy moje próby zaczęły przynosić jakieś efekty usłyszałem ostrzegawczy krzyk mentalny banshee, która pilnowała Hebiego. Zerwałem połączenie i już w cielesnej formie podbiegłem do chłopaka. Trząsł się i z trudem łapał powietrze. Jego dusza słabła, pragnęła się wydostać jednak moja moc zatrzymała ją we wnętrzu ciała. Ciało Hebiego zwiotczało, jednak jego życiu nic już nie groziło. Podszedłem do Strażnika.  Był  blady i chłodny, nie oddychał. Nie wyczuwałem w nim życia.
- Sękol... – wyszeptałem. Banshee i Azehoo odeszły pogrążone w żałobie. Eirinn i Orobas zjawili się w mgnieniu oka.
Demon odetchnął z ulgą spoglądając na chłopca, bladego i nieprzytomnego, jednak oddychającego równo. Smok natomiast podbiegł do Kane’a. Spojrzał na mnie z przerażeniem w oczach. Pokręciłem jedynie głową. Nie byłem w stanie nic powiedzieć. Eirinn upadł, a z jego gardła wydostał się ni to krzyk, ni to ryk. Odgłos ten był tak przepełniony bólem i rozpaczą, że nawet mieszkające tu dusze skryły się głębiej zwijając w bólu. Delikatnie uniosłem martwe ciało Strażnika i ułożyłem na grzbiecie drakolicza. Orobas wziął Hebiego w ramiona. Eirinn zaś zmienił się w swą smoczą formę. Ruszyliśmy w drogę powrotną do stolicy.

Od Irezaji

Postanowiłam wyjść nieco na świeże powietrze. Skierowałam się w stronę stajni, myśląc o przejażdżce. Kiedy tylko weszłam do środka zauważyłam Kariego. Stał ze swoim pegazem. Był wyraźnie przygnębiony.
- Cześć - powiedziałam podchodząc do niego.
- Irezaja... - wydawał się zmieszany moją obecnością. - Niezbyt mam ochotę na pogawędki - skwitował.
- A może jednak? - zapytałam. Widziałam, że coś go bardzo martwi. Wyglądał na wyczerpanego.
Kari westchnął głośno.
- Wiesz, czasami lepiej jest się wygadać komuś obcemu - powiedziałam i posłałam mu ciepły uśmiech.
- Być może... Tylko, że to nie jest takie łatwe...
Wyszliśmy i usiedliśmy na niewielkiej ławeczce. Przez chwilę milczeliśmy. Nie chciałam naciskać.
- Miałaś kiedyś problemy z ojcem? – zapytał.
- Problemy to raczej mało powiedziane. Ja i mój ojciec chyba się nigdy nie zgadzaliśmy. Byłam tylko zabaweczką w jego rękach, kartą przetargową, przykrywką, tym, czego akurat potrzebował – zaśmiałam się gorzko. – A ty masz problemy ze swoim?
- Można tak powiedzieć. Widzisz, swojego ojca biologicznego nie znam i mam szczerą nadzieję, że nigdy nie poznam. Za to niedawno poznałem ojczyma, który całe moje życie skrzętnie mnie unikał, a teraz, nagle ruszyło go sumienie – pół anioł był widocznie wściekły. – Jak Atrael może myśleć, że mu to wszystko zapomną, wybaczę!?
- Atrael? – zapytałam. Nigdy bym nie pomyślała, że to może chodzić o niego. Medyk cesarski był bardzo szanowaną osobą, nie tylko ze względu na swoje umiejętności, ale także altruizm i wielkie serce.
- Owszem... – wymamrotał i spuścił wzrok. Nie wiem dlaczego, ale nie zdziwił mnie fakt, że on i Kael są braćmi, nawet jeżeli tylko przybranymi. Oboje mieli w sobie bardzo podobne ciepło, które było czuć szczególnie gdy byli razem.
- Nie sądzisz, że to dar od losu? – zapytałam. Kari spojrzał na mnie jakby uważał, że oszalałam, co najmniej. Zaśmiałam się. – Chodzi mi o to, że poznałeś Kaela. Bardzo się lubicie, co?
- Tak... – mężczyzna uśmiechnął się na myśl o chłopaku.
- Może los chciał, żebyście się spotkali. Nawet jeżeli nie da się cofnąć czasu, a twoje relacje z Atraelem nigdy nie będą najlepsze, to może, mimo wszystko, znalazłeś wreszcie rodzinę i miejsce na świecie? Wiem, że nigdy nie zapomnisz przeszłości i wszystkich krzywd, bo tak się nie da. Nienawidzę swojego ojca. Szczerze i całym sercem, ale mimo to chciałbym, żeby kiedyś powiedział mi coś miłego. Żeby przeprosił mnie, żeby mu choć troszkę na mnie zależało.
Kari westchnął i spojrzał na mnie. Jego wzrok był chyba odrobinę mniej smutny niż wcześniej.
- Moje miejsce na świecie...co?
- Owszem. Masz tu brata i możesz mieć spore grono przyjaciół. Na przykład te trzy wilkołaki. Straszne z nich... – zawahałam się. - Brak mi odpowiedniego określenia, ale wydają się sympatyczni. Ogion też cię lubi, Hebi także. No i ja oczywiście też – posłałam mu promienny uśmiech, który odwzajemnił. – A Atraelem się nie przejmuj. Jeżeli to możliwe postaraj się traktować go jak każdą, obcą sobie osobę. Może gdy go lepiej poznasz wasze relacje uspokoją się chociaż na tyle, żebyś nie miał ochoty ukręcić mu głowy..?
- Zawsze jesteś taką optymistką?
- To nie ja. To Kael mnie tym zaraził. A ja zarażam ciebie i mam nadzieję, że skutecznie. A teraz muszę już wracać. – wstałam. Nie było mnie dość długo. - Do zobaczenia później.
- Irezajo.. – zatrzymał mnie Kari. – Dziękuję..
- Dla takiego przystojniaka, wszystko – zaszczebiotałam i musnęłam ustami jego policzek tuz obok blizny. Pół anioł stał zaskoczony przez chwilę, ale później uśmiechnął się delikatnie. Ja natomiast puściłam się pędem w stronę posiadłości Kane’a.

środa, 14 sierpnia 2013

od Kariego

- ... 756, 757, 758... - mamrotałem, licząc, by się uspokoić.
- Musimy porozmawiać - powiedział w końcu Atrael. Popatrzyłem na niego jak na idiotę. sIedzieliśmy w jednym pomieszczeniu, dziwnie dusznym i ciasnym nagle, od ponad pół godziny, a on wyjeżdża z czymś takim.
- Skoro musisz. W takim razie: ładna pogoada, nie uważasz? - zironizowałem. Jakoś nie miałem ochoty na wykłady ojca dekady.
- Heh... - westchnął mężczyzna. - Długo masz zamiar tak się zachowywać?
- Tak, to znaczy jak? A, wolałbyś, żebym skakał z radości, bo się znalazł mój kochany tatuś po tym, jak całe życie mnie olewał i miał za najgorszą szmatę - prychnąłem. - Muszę cię zmartwić, ale chyba się przeliczyłeś - wstałem i podszedłem do okna. - Jesteś dla mnie obcą osobą. Nawet biologiczniee nie masz, czego szukać.
- Ale ja... - zaczął anioł.
- Ty co? Instynkt ojcowski się w tobie obudził nagle? Bo już nie musisz się mną zajmować, interesować tym, czy przeżyję, mam co jeść i gdzie spać? Mogłeś sobie przypomnieć pięćdziesiąt lat wcześniej.
- Karilielu, ja tylko chciałem... - nie miałem siły go słuchać.
- Tak, wiem, ja wredny, bo moją matkę zgwałcili. Pewnie się z nim umówiłem, bo co mi szkodzi, nie? Nawet nie wiesz, jak to jest, gdy kłócisz się sam z sobą, to, co ma cię czynić mocnym zabija. Więc nie pieprz mi, jaki to jesteś skruszony i chcesz wszystko naprawić. Jeśli tak na prawdę jest, to cofnij te 50 lat. Nie? Jaka szkoda! Więc nie mamy o czym mówić - musiałem wyjść, żeby nie wybuchnąć. Demon znów zaczął się budzić, pomimo że moje ciało bylo już bardzo wycieńczone przez jego poprzednie "występy". - I nie dochodź do pochopnych wniosków, jesteśmy sobie obcy jak tylko to możliwe - wyszedłem i upadłem na kolana za najliższym zakrętem na korytarzu. Oddychałem gwałtownie i płytko, zarówno przez ból fizyczny jak i złość.
Postanowiłem się przejechać, choć na chwilę zapomnieć. Sam. Rebiata nawet nie próbował mnie pocieszać, byłem mu za to wdzięczny.
Czułem, jak blizna na moim policzku lekko pulsuje, ciepła. Ile to już lat minęło? Dwadzieścia? więcej? Być może. Jedyna pozostałość po kobiecie, którą kochalem. Jedyna, a bolesna, mimo że nie powinna.

- Cześć! - usłyszałem głos, ktorego najmiej bym się spodziewał w tym momencie.
- Irezaja... - nie byłem pewny, co powinienem powiedzieć. - Niezbyt mam ochotę na pogawędki - w końcu stwierdziłem i ściągnąłem uzdę Rebiacie. Sam nie wiem, dlaczego ją dziś miał. Zawsze jeździłem na oklep, magia karusa uniemożliwiała mi spadnięcie, chyba że któreś z nas by tego chciało.
- A może jednak? - westchnąłem tylko.