środa, 28 sierpnia 2013

Od Jackiego

Szedłem ciemnym korytarzem, z dala od gwaru, od szeptów złowrogich, knowań i jęków. Władza w Kontraświecie, bla, bla, bla. Cesarz i jego bękarty, bla, bla, bla. Wyrocznia i reszta tego politycznego szajsu, bla, bla, bla... Dość już tego miałem. Moje życie proste być powinno. Bić, zabić, zgnieść, posiekać, byle by juchy jak najwięcej, byleby pragnienie zaspokoić, duszę w krwi skąpać. Wściekłości dać upust, bawiąc się przy tym wyśmienicie. Przeciwnik mi się marzył. Prawdziwy, potężny, taki, którego jednym ciosem nie wypatroszę, taki, z którym dłużej powalczę.
- Jackie... – usłyszałem szept złowrogi. Dusza moja znów wyczuła, że zły jestem. Że żądzą mordu pałam. Obudziły się potwory, najpierw w mojej głowie tylko, później wylazły na zewnątrz ukazując swoje wstrętne, zębate mordy. Wykrzywione w ohydnym grymasie, ni uśmiech to był, ni grymas wściekły. Spojrzały na mnie ślepia czerwone.
- Jazda mi stąd, sam chcę zostać – warknąłem.
- Sam...? – zaśmiała się paszcza.
- Jackie... chodźmy coś zabić – szczeknęła inna.
Zabić, tak, to plan dobry, podobał mi się. Ale co, by tu ubić? Kagath demonów mordować nie kazał, póki się słuchały. Harpii już za dużo wybiłem, wściekł się Kagath o to, nawet syreny z wybrzeża pouciekały. Bojąc się, że wyrżnę.
Wtedy poczułem, coś nowego, obcego, coś co można by skrócić o głowę. Wyszedłem z pałacu. Zobaczyłem lądujące smoczysko. Na grzbiecie jego Istri siedziała, a z nią ten co dziwną aurę rozsiewał. Zsunęli się z grzbietu jaszczura. Wtedy obcy skrzydła rozwinął, jak tarczy aury jasnej użył. Wróbel. Skrzydlate paskudztwo, które dobrze jedynie wypatroszyć.
- Kto tam jest? – zawarczałem. Paszcze niespokojne wić się za moimi placami zaczęły. Spojrzała na mnie demonica niechętnie. Nie lubiła mnie. Lalka Alerartiego, jak suka za panem zanim latała, głupsza niż kukła, ale ciało miała niezłe.  - Więc? – warknąłem znowu. Blask wróbla mnie denerwował. Raził, furię wzmagał. Paszcze wylazły, przekształciły się, w ogary piekielne zmieniły. Stanęły warcząc, do ataku gotowe.
- Sami mnie tu chcieliście – odpowiedział przybysz. „Chcieliśmy”, kto niby, kurwa, chciałby na Cziert wróbla? Ale wiedziałem, skoro ta mała z nim była to zapewne Alerarti po to nowe mięso posłał. Tylko po kiego gnata to tu? Nie dość już Kagatha wiecznych knowań? Jeszcze jego pupilek musi kurestwo wszelkie sprowadzać.
- Przepuść nas – Istri zażądała. Bliżej podeszła, paszcza na nią warknęła. Lasencja gwałtownie się cofnęła, nawet ona się potworów bała, wiedziała, że nieobliczalne są i miazgę z niej zrobią jeśli za blisko podejdzie.
- Ochoty nie mam słuchać żądań twoich, więc albo powiesz, co to za ptaszysko, albo jemu skrzydła wyrwę i ciebie nimi nakarmię – zagroziłem.
- To syn Alerartiego, dziedzic – wyjaśniła, głowę dumnie uniosła. Omal się na rewelację taką śmiechem nie udławiłem. Wiedziałem, że się przydupas Kagatha do wróblicy dorwał, ale żeby to coś synem nazywać. Coraz lepiej się robiło. Nie ma co.
- Przejść możecie, ale niech to ktoś gdzieś zamknie, bo się temu krzywda stanie – warknąłem i spojrzałem złowrogo na pierzaste ohydztwo. Czekając czy wyzwanie przyjmie.

Od Kariego

Sam nie wiedziałem, co powinienem zrobić. Niby wiedziałem, że po demonach można się spodziewać wszystkiego, ale wizja innej wersji historii była dosyć kusząca. Zwłaszcza, że nie ufałem na tyle Atraelowi, by bezkrytycznie przyjąć jego bajki o biednym tatusiu. Ostatecznie odnalazłem demonicę.
- Weź mnie do ojca - poleciłem jej. Chciała się do mnie zbliżyć, ale zmaterializowałem aniele skrzydła, by jej przypomnieć, że nie mam ochoty na miziającą się kobietę.
- Jak chcesz - wzruszyła tylko ramionami i gwizdnęła przeciągle. Po chwili na horyzoncie pojawił się czarny smok. Wiedziałem, że naturalnie nie mają takiej barwy, więc jest to demon. - Wsiadaj, Elldon nic ci nie zrobi - skinęła głową na bestię. Nie byłem zbyt entuzjastycznie do niego nastawiony, ale wsiadłem na jego kark.
Lot był szybki, powiedziałbym nawet, że szybszy jak na zwykłym smoku.Wyczuwałem magię wiatru, kierującą prądami na naszą korzyść. Cały czas demonica starała się do mnie zbliżyć, zwłaszcza, że nie mogłem teraz uwolnić natury anioła. Smok, mimo wszystko, był równie wrażliwy na światło, jak kobieta, więc przestaszenie go moimi skrzydłami mogłoby się okazać zgubne na tej wysokości. Nawet skrzydła nie uratowałyby mnie, nie potrafiłem latać tak wysoko. Na mniejszych wysokościach pewnie miałbym nawet problem, w końcu już dawno tego nie robiłem.
- Twój ojciec jest w pałacu - oznajmiła, gdy tylko zeszliśmy na lądzie z grzbietu demona. Cziert była dokładnie taka, jaką ją zapamiętałem z ostatniego pobytu tutaj - mroczna. Nawet rośliny miały czarne liście i kwiaty. Większość też była najbardziej trującymi środkami, których nawet czarni magowie bali się używać bez najwyższej konieczności.
Nieograniczany niczym, uwolniłem całą swoją jasną magię, by ostrzec kilka czających się już w cieniu pomniejszych demonów.
- Kto tam jest? - usłyszałem niezbyt przyjemny głos. Jego właściciel wyszedł z pałacu przed drzwi i skrzywił się od razu, gdy tylko mnie wyczuł. - Więc? - warknął, przywołując kilka zwierzęcych demoników.
- Sami mnie tu chcieliście - odpowiedziałem, niepuszczająć światła, mimo mentalnego naporu z zewnątrz.

Od Kane'a

Dzieciak zgodził się towarzyszyć mi w spuszczaniu łomotu cesarskiej pomyłce. I dobrze, niech się chłopak trochę rozerwie. Shrik powlókł się za nim. Nie miałem juz siły do tej bestii i do jego nowoodkrytych instynktów. I tak robił co chciał, a teraz przynajmniej był spokojny i nie musiałem zawracać sobie dupy użeraniem się z nim i praniem go na każdym kroku.
Ruszyłem w stronę sali treningowej. To co tam zobaczyłem przyprawiło mnie o ból głowy. To czego się uczyło młodych ludzi było jakąś kpiną. Zero w tym finezji, czy jakichkolwiek faktycznych umiejętności. Ale to nie była moja sprawa. Ja miałem się zająć bezmózgim szczylem, którego Ottawa zapewne niczego nie nauczył. Niedźwiedź był zawsze leniwy i wypełnianie obowiązków przychodziło mu z największym trudem. Miałem nadzieję, że nauczył chociaż bachora jak trzymać miecz, albo lepiej nie, niech się pieprzony szczeniak sam pochlasta, mniej roboty dla mnie a widowisko i tak niezłe.
Podszedłem do blond debila. Tuż za nim stał nie kto inny, jak Lorrem. No oczywiście, przecież jemu też miałem spuścić łomot w ramach treningu. Westchnąłem, a raczej warknąłem, przeciągle. Widok tej dwójki razem działał na mnie jak płachta na byka.
- Panie... – jaguar zniżył głowę. Blond kretyn obrzucił mnie spojrzeniem, w którym było tyle samo pogardy co strachu. Najwyraźniej pamięć kretyna nie była, aż tak słaba jak zakładałem i pamiętał doskonale przed czym uratowało go wejście Hebiego.
- Poczekamy sobie na kogoś jeszcze.... – oznajmiłem i posłałem Abilionowi groźny uśmieszek.
- Kogo? – warknął.
- Nie przypominam sobie, żebym pozwolił ci podnosić na mnie głos... – syknąłem. – A czekamy na Hebiego...
- Na...?! Co?! – wydarł się debil. Zmierzyłem go wściekłym spojrzeniem i usiadłem po turecku na ziemi. Wyrocznio daj mi cierpliwość, bo zaraz mu wyrwę łeb razem z płucami. Na dodatek idiota zaczął łazić wokół mnie i machać wściekle łapami. Co to kurwa? Przedszkole? Westchnąłem przeciągle. W takich chwilach moja cierpliwość była wystawiana na bezwzględne próby.
Kiedy Hebi się zjawił i zobaczył ten piękny obrazek, niemal parsknął śmiechem. Pewnie też bym to zrobił gdyby nie to, że musiałbym przy tym zaciskać dłonie na szyi blond debila.
Abilion zesztywniał na widok Hebiego, obrzucił go zdziwionym i pogardliwym spojrzeniem, ale nic się nie odezwał. Jaguar natomiast się mu pokłonił.
- No to jesteśmy w komplecie.... – mruknąłem i wstałem. – Wynocha!! – warknąłem na wszystkich innych obecnych w sali. Kilka osób uciekło od razu inni spojrzały na mnie zdezorientowani.
- Ale panie Kane... – zaczął jeden z nauczycieli, o ile dla tego partacza można było tak nazwać.
- Powiedziałem spieprzać, trzeci raz nie powtórzę.
- T...tak... oczywiście -  w mgnieniu oka sala opustoszała.
- No to do dzieła – powiedziałem i poprawiłem swoje rękawice z dwimerytu.
- Masz zamiar ich użyć...? – zapytał Abilion. Lorrem też spojrzał na mnie dziwnie i z niepokojem.
- To nie piaskownica, a okładanie się drewnianymi mieczykami to nie moje klimaty. Nie martw się, buźkę ci może oszczędzę... W końcu nic oprócz tego wygłaskanego pyska nie masz do pokazania – na tę uwagę blond debil, aż się zapowietrzył. – Przywołaj dajmona – zażądałem od Strażnika. Zrobił to bezzwłocznie. Usłyszałem za sobą powarkiwanie Shrika, które było śmiechem. Jeguar wyglądał bowiem przy nim jak pchła. O ile Shrik miał wysokość niedużego konia, od którego był dłuższy i o wiele lepiej zbudowany, to dajmon Lorrema miał rozmiar przeciętny nawet jak na zwykłe zwierze. Podejrzewałam, że ten pojedynek będzie bardzo krótki.
- Możemy zaczynać? – spytał  Hebi i wyciągnął sakabę.
- Trzeba był wziąć porządną zabawkę – skwitowałem.
- Ta mi wystarczy – oznajmił. Abilion skwitował to parsknięciem i wziął ze stojaka obosieczny, długi miecz.
- No to bitwę czas zacząć. Nie ma lepszego sposobu na nauczenie się walki, niż dbanie o własną skórę.... – zaśmiałem się. Stanęliśmy z Hebim ramię w ramię naprzeciw pozostałej dwójki. Shrik natomiast przyglądał się z pogardą cętkowanemu kotu.
Zaatakowałem pierwszy. Zbrojoną rękawicą rąbnąłem młodego Strażnika w szczękę. Aż mu fryzurkę popsułem, ależ wielka szkoda, będzie musiał spędzić kolejne kilka godzin na układaniu jej. Było mi go niemal żal. Hebi natomiast skrzyżował ostrze z kretynem. Blond debil był silniejszy więc młody musiał odskoczyć, żeby nie zraniło go jego własne ostrze. Shrik bawił się z jaguarem w kotka i myszkę i uskakiwał ze śmiechem, gdy mniejszy kot próbował go atakować.
Walka sprawiała mi sporo przyjemności, tym bardziej, że okazało się, że połączenie dusz miało dodatkowy skutek. Ja i Hebi poruszaliśmy się równo i uzupełnialiśmy się wzajemnie. Chociaż nie walczyliśmy nigdy ramię w ramię to teraz robiliśmy to jakbyśmy to ćwiczyli. Spojrzałem na dzieciaka i skinąłem głową, że czas to kończyć. Trzy szybkie ciosy i Lorrem leżał na ziemi plując krwią, Hebi zdzielił Abiliona rękojeścią mierząc w kark i podciął mu nogi pięknym piruetem, a Shrik przycisnął jaguara do ziemi warcząc wściekle.
- No, to by było na tyle – podsumowałem i ruszyłem do wyjścia. Hebi podążył za mną. - I jak młody? Było warto?
- Było... – uśmiechnął się słysząc jęk wstającego z posadzki blond debila. Muzyka dla uszu.
Młody poszedł do siebie się ogarnąć, ja też ruszyłem w stronę swoich kwater. Ledwo usiadłem, a usłyszałem pukanie do drzwi.
- Wejść.
Do pokoju weszła Normenel. Była dość blada.
- Coś sie stało skarbie? – zapytałem wstając. Podszedłem do niej, a ona zadrżała jakby chciała się cofnąć. W pierwszej chwili pomyślałem o swojej demonicznej aurze, która jakby nie patrzeć mogła źle reagować z czystym światłem Normenel.  Odsunąłem się więc nieco.
- Kane... Ja muszę z tobą porozmawiać... – wyszeptała.
- Usiądź... – poprosiłem. Zrobiła to. Przez chwile milczała. Była zdenerwowana i to bardzo.
- Ja... Jestem w ciąży – wypaliła jednym tchem. Przez chwilę nie zrozumiałem o czym mowa. Patrzyłem na nią chyba dość tępo.
- Gratulacje – wypaliłem. Nie wiedziałem dlaczego przychodzi z tym do mnie. Dziewczyna spojrzała na mnie znacząco. Nagle poczułem się jakby ktoś zdzielił mnie obuchem. Chwila. Normenel w ciąży... ale to... niemożliwe... spaliśmy ze sobą tylko raz... – Chcesz powiedzieć, że to... że ze mną? – wykrztusiłem.
- Z nikim innym nie byłam od... dość długiego czasu... – wyszeptała i skuliła się.
Oparłem się o biurko z ciężkim westchnieniem. To był, szok, lekko mówiąc. Ja ojcem? No takich rewelacji to jeszcze nie było. Nie miałem pojęcia co miałem zrobić. Otrząsnąłem się i podszedłem do Normenel. Dziewczyna się bała i to porządnie. Nie wiem dokładnie czego. Że co niby? Odtrącę ją? Zostawię? Jak mogło jej to przez myśl przejść.
- Nic się nie bój.... – wyszeptałem tuląc ją do siebie, chociaż sam byłem nieźle przerażony. – Jakoś to wszystko będzie....
- Naprawdę nie jesteś zły...? – zapytała. Byłem, ale na siebie , nie na nią. Jeżeli ktoś był za to odpowiedzialny to ja. Trzeba było to przyznać. Dziewczyna rozszlochała się. A ja starałem się ją uspokoić.
Nagle ktoś wpadł do mojego biura jak do obory. Wstałem warcząc wściekle, to był jeden ze strażników rezydencji.
- P..Panie... panienka Irezaja... została porwana... – wycharczał.
- Że co?! – warknąłem i chwyciłem go brutalnie. Potrząsnąłem nim i rzuciłem. – Za co ja wam skurwiele płacę!?
Wybiegłem z biura kierując się do rezydencji.

od Hebiego

- To nie jest dobry pomysł... - nie byłem zachwycony propozycją Kane'a. Po pierwsze, nie chciałem tracić obecnego stanu umysłu, a mój kochany braciszek był jednym na najlepszych, o ile nie najlepszym, środkiem alergennym dla mnie w całym Kontraświecie. A po drugie, gdyby coś się stało, na prawdę nie ręczę, że bym go nie zabił. I to bez najmniejszych wyrzutów sumienia.
- Oj, no przestań. Jak odrąbiesz łeb paskudzie, Kontraświat będzie ci niewymownie wdzięczny - Kane bezbłędnie odczytał mój wyraz twarzy.
- Skoro się upierasz... ale jak tylko zacznie skakać za wysoko, ja wychodzę. Nie można marnować darów uświęconej natury. Poza tym, daj mi chwilę, muszę się jakoś przebrać i ogarnąć, bo wyglądam jak jakaś kapłanka czystości. Kane tylko prychnął, więc przyjąłem to za zgodę.
Wyszedłem, a Shrik za mną. Nie widziałem, by Strażnik wydał mu takie polecenie, ale też nie protestował.W pokoju panowała zupełna cisza, jeśli nie liczyć szelestu firanek, falujących pod wpływem wiatru. Było to niemal przytłaczające, zbyt puste. Poczułem ocierającego się o moje biodro Shrika, podrapałem go delikatnie pod brodą.
- Poczekaj tu na mnie chwilę - powiedziałem do niego i wszedłem do swojej garderoby. O cudo nie zgubiłem się w niej, a to, co na siebie włożyłem było nawet kompletne i pasujące do siebie. Zielona bluzka w orientalnym stylu i pasujące do tego spodnie związywane na dole, wysokie, jasne buty pseudo-jeździeckie oraz delikatna, żółta narzuta. Włosy związałem wysoko w kucyka wstążką. Nie zależało mi na tym, ale podejrzewałem, że część fanek (i fanów) Kane, a może zmienić swoje upodobania. Trochę mnie to nawet rozbawiło, bo Strażnik zazwyczaj z nonszalancją wytrawnego łowcy udawał, że nie interesuje go flirt, a oczami wodził za każdym większym wzgórkiem, jaki mu się napatoczył.
Mniejsza z tym. Gdy pojawiłem się w głównym pokoju, Shrik zamruczał w niewymowny sposób. Uśmiechnąłem się lekko do niego.
- Jak myślisz, Tyfling to chyba nie jest najlepszy pomysł, co? - odpowiedź była jak najbardziej zachęcająca. Zaśmiałem się - Naprawdę sądzisz, że warto marnować potencjał na coś takiego - wydawało mi się, że tygrys się uśmiechnął. Wziąłem z "małego podręcznego arsenały", jak zwykła mawiać Rakyo, czarną sakabę o wąskiej klindze. - Mimo wszystko, niech sobie jeszcze pożyje trochę. Chwasty też tlen produkują.
Razem ze Shrikiem poszliśmy na tereny ćwiczebne Strażników. Gdy wszedłem, kilku nowicjuszy nawalało się drewnianą bronią, bo inaczej tego nazwać się nie dało. Poza tym, kawałek dalej trwały trochę poważniejsze walki z użyciem już prawdziwej, ale tępej, broni.
- Coś mnie ominęło? - spytałem, zasłaniając ręką usta, żeby nie roześmiać się otwarcie. Sytuacja, w jakiej zastałem Kane'a była dość ciekawa. Siedział po turecku na ziemi, a Albion chodził w wkoło niego, bardzo wyraźnie gestykulując. Kawałek dalej nowy Strażnik siedział i udawał, że czyści broń. Aż się dziwiłem, że jeszcze nie wziął zeszytu i nie zaczął wszystkiego notować. Kane nie był zbyt zadowolony na moje przyjście w takim momencie.

wtorek, 27 sierpnia 2013

Od Kane'a


Siedziałem właśnie z Catranem, jednym z ogarów, gdy do biura ktoś wszedł. Właśnie przeglądałem dość ważne papiery dotyczące działań senatora jaszczura, który wreszcie wyściubił nos z ukrycie więc nie zwróciłem na to większej uwagi. 
- Kane – usłyszałem głos Hebiego. - Oddaję, co twoje.
- Jasne, jas... – uniosłem nos znad papierów i zdębiałem. - Coś się stało, o czym powinienem wiedzieć? – spytałem po chwili.
- Nie, a powinno? – to pytanie mnie rozwaliło. Chłopak wygląda jakby natarł się miksturą na porost włosów od szalonego naukowca i się mnie pyta o co chodzi. 
- No... twoje włosy są... – nie dokończyłem. 
- A, to. Nic, o co bym się martwił. 
- A, no ok. Zmiana fryzury, taki mały drobiazg – zakpiłem. W chłopaku zmieniło się też coś jeszcze. Był spokojniejszy dużo spokojniejszy. To dobrze, bo jego smoczy lowelas miał się zjawić jutro rano. 
Przywołałem Shrika do siebie. 
- Catran, możesz odejść. Jak będę cię potrzebował to zawołam. 
- Oczywiście panie mój – jaszczurołak skłonił się i wyszedł. 
- No dobra młody, to co to się stało, że jesteś w tak dobrym humorze? Pogadałeś wreszcie ze swoją kochanicą?
- Ona nie jest... – urwał. – Nie. Nie rozmawiałem... 
- Oj młody, młody... – pokręciłem głową. 
Przerwało nam pukanie do drzwi. 
- Wejść! – warknąłem. 
- Panie, Abilion czeka pod salą treningową, później Normenel chce się z panem widzieć w pańskich kwaterach. – oznajmił Remes. 
- Ta... ten cholerny gówniarz... – miałem tak ogromną ochotę widzieć blond debila, że niemal skakałem z radości. Najlepiej byłoby skoczyć z mostu, ze śmiechem, że już nie będę musiał oglądać tego jego wrednego pyska. Wtedy wpadłem na ciekawy pomysł. – Hej młody, a może chcesz iść ze mną i sprać blond debila? 
- To nie za dobry pomysł... – skwitował Hebi. 
- Daj spokój. Jestem oficjalnie jego trenerem i w sali treningowej mogę robić z nim co chcę. Z ustalaniem mu przeciwników włącznie... – uśmiechnąłem się do chłopaka jadowicie.

Od Kaelusa


Martwiłem się o Kariego, chodził ostatnio jakiś dziwnie nieobecny i zamknięty w sobie. Nie chciałem jednak na niego naciskać. Wiedziałem, że jedyne co mogę tym osiągnąć to pogorszyć sprawę. Siedziałem więc cicho.
Po wyjeździe ojca spadła na mnie część jego obowiązków. Ruszyłem więc do jego gabinetu, w którym przyjmował pacjentów. Większością zajmował się co prawda asystent ojca, ale ja też chciałem znaleźć sobie jakąś robotę.
Na korytarzu przed gabinetem spotkałem Normenel. Wyglądała na zaniepokojoną.
- Witam panią... – powiedziałem uprzejmie.
- Och, witaj Kaelu. Chciałabym się zobaczyć z twoim ojcem.
- To niestety niemożliwe. Ojca nie ma.
- A kiedy wróci, to dość ważne...
- Nie prędko, niestety – powiedziałem, sam nie miałem pojęcia kiedy ojciec wróci. – Jeżeli jednak mogę coś dla pani zrobić...
- Cóż... – kobieta zawahała się.
- Niech pani wejdzie do gabinetu to porozmawiamy – posłałem jej ciepły uśmiech.
- Dobrze.
Weszliśmy do pomieszczenia. Normenel usiadła. Bawiła się dłońmi i wyglądała na zdenerwowaną.
- Czy coś się stało? – zapytałem.
- Cóż od pewnego czasu mam problem. Otóż nie mogę zmienić się w swoją męską formę – wyjaśniła. – Sądziłam, że twój ojciec mógłby mi pomóc... sprawdzić dlaczego...
- Cóż, mogę spróbować zbadać pani aurę, może to tylko tymczasowe zaburzenia – powiedziałem i podszedłem do niej. Wiedziałem, że anielica dość sporo ostatnio przeszła. Czasami gwałtowne przeżycia zaburzają aurę i uniemożliwiają korzystanie z niektórych mocy czy zdolności.
- Dobrze. Dziękuję...
- Niech pani spróbuje się zmienić – poprosiłem. Kiedy mignęła zbadałem dokładnie jej aurę i rzuciłem proste zaklęcie diagnostyczne, którego nauczył mnie ojciec. Poczułem coś dziwnego. Przesunąłem dłoń niżej, zatrzymałem się w okolicach brzucha.
- Moje gratulacje – powiedziałem szczerze uradowany odkryciem. – Spodziewa się pani dziecka. Pani chłopak pewnie będzie zachwycony... – dodałem. Wiedziałem, że Normenel nie jest zamężna i nie wiedziałem też z kim się spotyka, ale kobieta taka jak ona musiała mieć przecież porządnego faceta.
Anielica zbladła.
- Jak to...? – zapytała.
- Jest pani w ciąży, dlatego nie może pani zmienić postaci. Co prawda to dopiero początek, dlatego nie wyczuła tego pani sama, ale organizm już zareagował. Do rozwiązania zmiana postaci będzie niemożliwa.... Dobrze się pani czuje? – zapytałem bo Normenel zrobił się już nie blada, a kredowobiała.
- Jesteś pewien...? – wyszeptała.
- T...tak... Aura dziecka jest słabiutka, ale ją wyczuwam...
Dziewczyna westchnęła głośno. Dłonie jej drżały. Zacząłem się o nią poważnie martwić. Na wszelki wypadek otoczyłem ją zaklęciem ochronnym. No wiem, że wieść o dziecku może być szokiem, ale chyba powinna się cieszyć. A jak na razie wyglądała na przerażoną i to porządnie.
- Ja... pójdę już... – powiedziała i zanim zdążyłem zareagować wybiegła. Nie bardzo wiedziałem co mam w tej sytuacji zrobić. Powiedziałem coś nie tak?
Usłyszałem pukanie.
- Proszę... – powiedziałem i usiadłem za biurkiem.