Zostałem sam z flaszką w ręku i zdziwioną miną na twarzy. Przyjrzałem się naczynku. Szczerze mówiąc, najchętniej bym je wyrzucił za okno, a powstrzymywała mnie przed tą chęcią jedynie świadomość, że jeśli jakiś podchmielony intelygent się tego napije, może być nieciekawie. Wzruszyłem ramionami tylko i wróciłem do swojego pokoju. Zastałem go w stanie, w jakim porzuciłem podczas mojego ostatniego pobytu, czyli absolutnego chaosu, w niczym nie związanego ze zwykłym "artystycznym nieładem", jak zazwyczaj mieli przeciętni artyści. Z uśmiechem na twarzy wspomniałem swoją brawurową ucieczkę żywym trupom, wojsku i kilku mniej lub bardziej określonym stworzeniom.
- No nareszcie! - zaskrzeczała Argo, rozłożona na starym łóżku. Przynajmniej nie musiałem się martwić o ewentualne pchły, bo biedne robaczki z pewnością już dawno uciekły na widok złotej drakony. - Strasznie tu ciasno, wiesz? - nie zdziwiłem się, że słowem nie wspomniała o stanie czystości.
- Tak, jasne. Chcesz jutro iść pod pałac? - spytałem, siadając na podniszczonym krześle, uważając, czy nie jest już zbyt przeżarte przez korniki.
- Tak! - moje pytanie sprawiło drakonie prawdziwą radość. Machnęła ogonem, a ja podziękowałem bogom tego i innego świata, że przez skąpstwo Robal nie montował w oknach szyb, bo teraz właśnie nastąpiłby koniec jednej z nich.
Dzień kolejny nadszedł zdecydowanie szybciej, niżbym sobie tego życzył. Pobudka o czwartej rano nie należała do wyśnionego początku dnia, ale poniekąd Argo miała rację. W końcu, spacer ze smokopodobną w środku tłumu nie był zbyt mądrym pomysłem.
Przemyłem szybko twarz w lodowatej wodzie z zardzewiałego kranu. Przez cały czas Argo skakała po pokoju, dając mi kolejne powody do zawału. Gdy ostatecznie udało nam się bez większego szwanku dla otoczenia wyjść z tawerny, poczułem ulgę.
Po drodze przypominałem drakonie co chwilę zasady poruszania się wśród ludzi, jednak ona niezbyt mnie słuchała, zaabsorbowana skakała od strony do strony ulicy, wciąż znajdując sobie coraz to nowe obiekty fascynacji. Nie ganiłem jej, bo wiedziałem, że dla drakony to pierwszy pobyt w większym mieście.
Gdy wreszcie dotarliśmy do pałacu, Argo zrobiła coś, o co nigdy wcześniej bym jej nie podejrzewał. Stanęła w miejscu i zaczęła w milczeniu wpatrywać się w kompleks budynków.
- Kari? - zagadnęła mnie w końcu po kilkuminutowej zadumie. - Ja nie wiem jak, ale mi się wydaje, że ja pamiętam to miejsce. Nie wiem czemu, ale czuję się, jakbym tu już kiedyś była. I to miejsce było dla mnie ciepłe... - zawahała się. Nie miałem pojęcia, co odpowiedzieć.
- To zupełnie możliwe. Dużo goldenów pochodzi stąd - usłyszałem za sobą. Oboje odwróciliśmy się w stronę głosu. Przed nami stał mężczyzna, nieco uśmiechnięty, ale nie nachalnie.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz