wtorek, 9 lipca 2013

Od Kane'a

Szedłem do swoich kwater. Tam miałem ciszę i spokój, coś czego teraz potrzebowałem.
- Kane – usłyszałem za sobą. To była Rinna, jedna z córek Deidre, nimfy i senatorki. Dziewczyna podeszła do mnie tanecznym krokiem i uśmiechnęła się pięknie – Może zechciałbyś dotrzymać mi towarzystwa – zaproponowała.
- Wybacz, moja pani, ale mam teraz bardzo ważne sprawy – odpowiedziałem uprzejmie. Rinna zrobił smutną minę spoglądając na mnie swoimi wielkimi błękitnymi oczyma. Ten chwyt zazwyczaj działał. Nie tym razem jednak – Być  może później znajdę chwilkę lub dwie – powiedziałem i odszedłem.
- Remes, Eirinn – powiedziałem do strażników stojących przy wejściu do moich komnat. – Nie życzę sobie, aby ktokolwiek mi przeszkadzał.
Wiedzieli, że jeżeli to mówię to mam zamiar podróżować z dajmonem i zwyczajnie nie wiadomo gdzie będzie moja świadomość w danej chwili.
Usiadłem wygodnie na fotelu i spojrzałem oczami tygrysa. Gizelle była juz wolna.
- Więc, co masz nam do powiedzenia? – zapytał Habi. Jak zwykle czarujący.
- Po pierwsze dziękuję. Wyciągnęliście mnie stamtąd, więc zgaduję, że nie przepadacie za Yrazzem – nimfa ucichła na chwilę. Musiała być wyczerpana. Nie sądziłem żeby strażnicy Yrazza łagodnie się z nią obeszli, mimo to dziewczyna trzymała się dzielnie. Zawsze był twarda.
- Yrazz nie jest wiwerną…. – zaczęła.
- Co ty chrzanisz? Każdy wie, że to czysto krwisty wiwern… - odezwał się smok.
- Nie. Nie do końca. Jeżeli posłuchasz to zaraz wszystko ci wyjaśnię – nimfa zmierzyła smoka wzrokiem. – To prawda, że oboje rodzice Yrazza byli wiwernami, jak zresztą większość jego rodu. On sam też urodził się bezskrzydłym. Jednak jak wiecie ma  to swoje ograniczenia. Długość życia, siła i tak dalej. Yrazz nienawidzi smoków, ale od zawsze zazdrościł im siły. Poza tym jego zdolności magiczne nigdy nie były zbyt rozwinięte. Dwadzieścia lat temu zaczął prowadzić badania na temat wiwern, smoków i innych gatunków uzdolnionych magicznie i o sporych warunkach fizycznych. Jego badania przyciągnęły uwagę Kagatha.
- Kagatha? – Zapytał Hebi. Był równie zdenerwowany co ja. Obecność władcy demonów w tym wszystkim była bardzo niepokojąca.
- Owszem. Yrazz wszedł w jakiś układ z władcą demonów. Ten pomógł mu w uzyskaniu siły.
- Jakiej siły? – zapytali jednocześnie Hebi i Rakyo.
- I tu zaczynają się wielkie niewiadome, bo tego nikt oprócz senatora i demonów nie wie.
- Więc na co nam to niby?
- Na to, że nie wiadomo jakie zagrożenie dla cesarza i całego tego świata stanowi Yrazz. Ani on, ani  demony nie powiedzą nam nic ciekawego. Jednak możemy dowiedzieć się czym jest Yrazz.
- Jak?
- Kluczem jest Irezaja. Została poczęta krótko po rytuale i posiada w sobie moc, którą demony przekazały Yrazzowi. Nawet jeżeli ona sama, jest tego całkowicie nieświadoma. Tu niestety zaczynają się schody. Dziewczyna została zabrana przez demony. Zapewne na Cziert.
- Jeżeli zabrały ją demony to już po niej – odezwał się Rakyo.
- Nie słuchałeś tego co mówiłam? Cokolwiek demony zrobiły Yrazzowi w żyłach Irezeji płynie zapewne jakaś część krwi demonów. Kagath nie skrzywdzi jej. Cokolwiek planuje teraz Yrazz, ma zapewne na celu obalenie obecnego cesarza. Później będzie chciał odzyskać córkę, przedłużyć, swój ulepszony ród.
Usłyszałam hałas, ni e tylko ja z resztą. Hebi, Rakyo i Gizelle także zwęszyli niebezpieczeństwo. Skupiłem się i w ułamku sekundy znalazłem w ciele tygrysa. Akurat na czas, aby odeprzeć atak wynurzających się z cienia napastników. Walka była krótka i brutalna. Zwycięstwo było po naszej stronie. Zmusiłem Shrika żeby przybrał moją, ludzką formę. Podszedłem do jednego z ciał. Na ich mundurach widniał emblemat Ottewy.
- No to właśnie wszystko się spieprzyło – wymamrotałem. Lepiej być nie mogło. W co ja się tym razem wplątałem.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz