Szedłem do swoich kwater. Tam
miałem ciszę i spokój, coś czego teraz potrzebowałem.
- Kane – usłyszałem za sobą. To
była Rinna, jedna z córek Deidre, nimfy i senatorki. Dziewczyna podeszła do
mnie tanecznym krokiem i uśmiechnęła się pięknie – Może zechciałbyś dotrzymać
mi towarzystwa – zaproponowała.
- Wybacz, moja pani, ale mam
teraz bardzo ważne sprawy – odpowiedziałem uprzejmie. Rinna zrobił smutną minę
spoglądając na mnie swoimi wielkimi błękitnymi oczyma. Ten chwyt zazwyczaj
działał. Nie tym razem jednak – Być może
później znajdę chwilkę lub dwie – powiedziałem i odszedłem.
- Remes, Eirinn – powiedziałem do
strażników stojących przy wejściu do moich komnat. – Nie życzę sobie, aby
ktokolwiek mi przeszkadzał.
Wiedzieli, że jeżeli to mówię to
mam zamiar podróżować z dajmonem i zwyczajnie nie wiadomo gdzie będzie moja
świadomość w danej chwili.
Usiadłem wygodnie na fotelu i
spojrzałem oczami tygrysa. Gizelle była juz wolna.
- Więc, co masz nam do
powiedzenia? – zapytał Habi. Jak zwykle czarujący.
- Po pierwsze dziękuję. Wyciągnęliście
mnie stamtąd, więc zgaduję, że nie przepadacie za Yrazzem – nimfa ucichła na
chwilę. Musiała być wyczerpana. Nie sądziłem żeby strażnicy Yrazza łagodnie się
z nią obeszli, mimo to dziewczyna trzymała się dzielnie. Zawsze był twarda.
- Yrazz nie jest wiwerną…. – zaczęła.
- Co ty chrzanisz? Każdy wie, że
to czysto krwisty wiwern… - odezwał się smok.
- Nie. Nie do końca. Jeżeli
posłuchasz to zaraz wszystko ci wyjaśnię – nimfa zmierzyła smoka wzrokiem. – To
prawda, że oboje rodzice Yrazza byli wiwernami, jak zresztą większość jego
rodu. On sam też urodził się bezskrzydłym. Jednak jak wiecie ma to swoje ograniczenia. Długość życia, siła i
tak dalej. Yrazz nienawidzi smoków, ale od zawsze zazdrościł im siły. Poza tym
jego zdolności magiczne nigdy nie były zbyt rozwinięte. Dwadzieścia lat temu
zaczął prowadzić badania na temat wiwern, smoków i innych gatunków uzdolnionych
magicznie i o sporych warunkach fizycznych. Jego badania przyciągnęły uwagę
Kagatha.
- Kagatha? – Zapytał Hebi. Był
równie zdenerwowany co ja. Obecność władcy demonów w tym wszystkim była bardzo
niepokojąca.
- Owszem. Yrazz wszedł w jakiś
układ z władcą demonów. Ten pomógł mu w uzyskaniu siły.
- Jakiej siły? – zapytali jednocześnie
Hebi i Rakyo.
- I tu zaczynają się wielkie
niewiadome, bo tego nikt oprócz senatora i demonów nie wie.
- Więc na co nam to niby?
- Na to, że nie wiadomo jakie
zagrożenie dla cesarza i całego tego świata stanowi Yrazz. Ani on, ani demony nie powiedzą nam nic ciekawego. Jednak możemy
dowiedzieć się czym jest Yrazz.
- Jak?
- Kluczem jest Irezaja. Została
poczęta krótko po rytuale i posiada w sobie moc, którą demony przekazały
Yrazzowi. Nawet jeżeli ona sama, jest tego całkowicie nieświadoma. Tu niestety
zaczynają się schody. Dziewczyna została zabrana przez demony. Zapewne na
Cziert.
- Jeżeli zabrały ją demony to już
po niej – odezwał się Rakyo.
- Nie słuchałeś tego co mówiłam?
Cokolwiek demony zrobiły Yrazzowi w żyłach Irezeji płynie zapewne jakaś część
krwi demonów. Kagath nie skrzywdzi jej. Cokolwiek planuje teraz Yrazz, ma
zapewne na celu obalenie obecnego cesarza. Później będzie chciał odzyskać
córkę, przedłużyć, swój ulepszony ród.
Usłyszałam hałas, ni e tylko ja z
resztą. Hebi, Rakyo i Gizelle także zwęszyli niebezpieczeństwo. Skupiłem się i
w ułamku sekundy znalazłem w ciele tygrysa. Akurat na czas, aby odeprzeć atak
wynurzających się z cienia napastników. Walka była krótka i brutalna. Zwycięstwo
było po naszej stronie. Zmusiłem Shrika żeby przybrał moją, ludzką formę.
Podszedłem do jednego z ciał. Na ich mundurach widniał emblemat Ottewy.
- No to właśnie wszystko się
spieprzyło – wymamrotałem. Lepiej być nie mogło. W co ja się tym razem
wplątałem.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz