Właśnie zapadłem w sen gdy usłyszałem hałas za drzwiami.
- Mówię ci, że pana nie wolno teraz budzić! – Usłyszałem czyjeś
przytłumione warknięcie.
- Ale Hebi! On… Musicie mu pomóc! – Kolejny wrzask. Wstałem z łóżka tak
wściekły, że miałem ogromną ochotę rozszarpać na strzępy tego debila, który
ośmielił się mnie obudzić. Wyszedłem na korytarz i gwałtownie chwyciłem
chłopaka za kołnierz. Potrząsnąłem nim z furią z wściekłym
warknięciem.
- Co tu się kurwa jasne dzieje?! Obyś miał dobry powód, bo inaczej
posiekam cię na kawałki i nakarmię tobą dajmona!
- Hebi… Zaatakowali go… Coś dziwnego się z nim dzieje… - wycharczał chłopak
próbując się wyswobodzić z mojego uścisku. Zakląłem siarczyście i rzuciłem
chłopaka na ziemię.
- Prowadź! JUŻ! – Warknąłem. Jakie to szczęście, że kiedy się kładłem nie
miałem nawet siły się rozebrać, bo teraz nie miałbym, ani czasu, ani nawet siły
się ubrać.
Kiedy dobiegliśmy na miejsce zobaczyłem Hebiego, w ręce miał czarne
ostrze, aż spuchnięte od ilości wypitej krwi. Wytarł ostrze i schował je. Wtedy
jego oblicze się zmieniło. Ostrze syte i ospałe zasnęło ułożone w pochwie, a
chłopak odzyskał własne zmysły. Młokos rozejrzał się wokół siebie i upadł.
Rakyo pobiegł do niego i złapał go.
- Co się tu stało? – Wyrwało mi się, mimo, że wiedziałem dokładnie co się
wydarzyło. Hebi zaczął płakać, później trząść się. Ukląkłem obok niego i zmusiłem
by na mnie spojrzał. Smok próbował mi przeszkodzić, ale moje spojrzenie skutecznie
go uciszyło. Spojrzałem głęboko w brązowe oczy Hebiego i wyłączyłem jego umysł.
Dałem mu spokój ducha, do czasu gdy świadomość mu powróci, a on przypomni sobie
co tu zaszło.
- Zabierz go do Atraela i to migiem! – rozkazałem smokowi. Ten
pośpiesznie uniósł swojego kochanka i pobiegł w stronę szpitala pałacowego. – Eirinn ciała mają spłonąć, wszystkie co do jednego!
Vicca, ty i ogary zajmijcie się świadkami, nie wiem jak, ale nikt nie może skojarzyć tego zajścia ze szczeniakiem. Remes, znajdź tego cholernego lisa, bo
jak sam go dorwę to sobie z niego zrobię szalik!
Moi podwładni rozbiegli się, by wykonać rozkazy, a ja pobiegłem do
Atraela.
- I co z nim? – Zapytałem pospiesznym krokiem wchodząc do gabinetu
anioła.
- Fizycznie nic poważnego. Kilka zadrapań i rozcięć, ogólne fizyczne
zmęczenie, kilka mięśni naciągniętych. Psychicznie jest gorzej. Doznał sporego
szoku, a jego umysł został na zbyt długo pod obcą kontrolą. Twoje zaklęci Kane
pomogło i złagodziło wpływ szoku, ale nie jestem pewien jak to wszystko na
niego wpłynie – Ledwie medyk skończył mówić do pokoju wparował Black. Pierwszy
raz widziałem go tak przerażonego.
- Ze mną lisie. Już! – Warknąłem, a lisołak nawet się nie kłócił.
- Co się stało? – Zapytał gdy byliśmy już sami.
- A co ci się kurwa wydaje, że się stało? Ten cholerny miecz zrobił sobie
z chłopaka kukiełkę. Szczeniak wyciął w pień z dwudziestu ludzi. Trudno było
policzyć, bo głowy co niektórych leżały jakieś trzy metry od ciał. O kończynach
nie wspomnę – Black zrobił się jeszcze bledszy niż zwykle. Myślałem, że to nie
możliwe, a jednak. – Miałeś go do cholery pilnować! Miałeś go nauczyć jak się
tym posługiwać, a w zamian za to zaserwowałeś mu krwawą jatkę.
- Hebi się załamie, musimy coś zrobić, złagodzić jego wspomnienia.
- Nie! – warknąłem stanowczo. Wiedziałem, że jeżeli Black zacznie gmerać
mu w głowie to chłopak nigdy nie nauczy się, bać własnej siły. On musiał poznać
potęgę ostrza, musiał nauczyć się czuć respekt i okiełznać go. – Czas kiedy mogłeś go niańczyć i cacać po
główce się skończył.
- Więc co proponujesz? Chcesz go tak zostawić? Samego z tym strachem?
- Nie. Ty nauczysz go kontrolować żelastwo, ja okiełznać obcą duszę. Ja
nie wiem jakim cudem się w to wszystko wplątałem. Ale co zacząłem, to skończę.
Módlmy się tylko, żeby cesarz wiedział o tym jak najmniej.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz