Przyglądałem się z lekkim uśmiechem, jak smok pakuje do czarnej torby bez dna cały swój sprzęt. Kilka mieczów, komplet sztyletów, zbroję na zwierzęcą formę, razem z siodłem i kilka innych niezbyt dyskretnych rzeczy. Całość zamknięta w formacie niezbyt wielkiej damskiej torebki. Ja byłem przygotowany już od dłuższego czasu, poza kataną przy pasie, ubraniem na zmianę i zapasowymi częściami wymiennymi do motoru, nie potrzebowałem nic.
- Długo ci to jeszcze zajmie? - spytałem bez większej niecierpliwości w głosie. Rakyo popatrzyl na mnie przez ramię.
- Pytasz z jakiegoś konkretnego powodu? - odpowiedział pytaniem. Nie wyczułem w nim większego znaczenia.
- Chciałem jeszcze iść do mojego mistrza. Sądzę, że powinienem coś od niego zabrać - odpowiedziałem zgodnie z prawdą. Już od dłuższego czasu chodził mi po głowie pewien pomysł, ale nie miałem okazji i czasu, by go zrealizować... a może po prostu odwagi, by zapytać mistrza. Smok skinął tylko głową, że przyjął do wiadomości moje słowa, nie przestając krzątać się wokół półek. Uznałem to za zgodę, bym poszedł sam, więc wyszedłem.
Mój mistrz, Black mieszkał w pałacu w jednej z naw bocznych. Nie lubiłem tego miejsca, ale wiedziałem, że to właśnie tam spotkam mężczyznę. Bez większego problemu zostałem wpuszczony na tereny przedpałacowe i od razu udałem się w stronę mieszkania, modląc się, by nie spotkać kogoś z rodziny. Na szczęście udalo mi się to, choć kilka razy musiałem się kryć za filarem.
- Kogoś szukasz? - usłyszałem przy uchu głęboki, pewny siebie głos, gdy byłem już prawie w środku. Przestraszony niespodziewanym przyłapaniem obróciłem powoli głowę. Gdy zobaczyłem znajomą twarz, odetchnąłęm z ulgą.
- Black-dono - przeszłem płynnie na japoński - ulubiony język mistrza ze Świata. Z resztą, mistrz lubił wszystko, co było związane z tym narodem, dlatego też jego mieszkanie przypominało to z klasycznych książek japońskich.
- Jak zwykle łatwy do podejścia - uśmiechnął się lisołak, mierzwiąc mi włosy. - Wchodź do środka, dla obojga nas nieproszeni słuchacze nie są zbyt mile widziani - zadecydował, pociągając mnie za ramię w stronę drzwi. Bez słowa poszedłem za nim.
Siedziałem na płaskiej poduszce naprzeciw swojego mistrza, a on patrzył się na mnie intensywnie błękitnymi oczyma, podczas gdy ja referowałem mu obecną sytuację. Wiedziałem, że jako Strażnik prędzej, czy później, dowiedziałby się o porwaniu, jednak moje wrażenia z wywiadu z senatorem wydały mu się przydatne, gdyż zadał mi kilka szczegółowych pytań. Nie na wszystkie potrafiłem odpowiedzieć.
- Hebi-kun, z tego co słyszę, to ta sprawa może naprawdę kryć za sobą coś poważniejszego - stwierdził w końcu, używając japońskiego. - Coś, co przerasta możliwości FALCON, czy jakiejkolwiek pojedyńczej formacji. Wyślę z tobą swojego łącznika - na kolanach mężczyzny usiadła nagle smukła czarna lisica. Nie znałem jej imienia z całą pewnością, ale wiedziałem, że należy do stada, którego lisołak używał jako swoich szpiegów, łączników i posłańców. - Od tej pory masz dopilnować, żeby Lilia wiedziała o wszystkim, co się tyczy sprawy. WSZYSTKIM, bez względu na to, czy jest dla ciebie wygodne, czy nie. Gdyby cokolwiek się działo, wkroczę do akcji. I nie wychodź do Świata, o ile to możliwe. Jeśli będziesz musiał, idę z tobą. Mówię to zarówno jako Strażnik, twój mistrz, jak i ktoś, komu zależy na tobie. Dobrze? - w oczach mistrza odbiła się niemal ojcowska czułość. Kiwnąłem głową krótko i miałem zamiar wstać, gdy przypomnialem sobie coś.
- Black-dono, czy mógłbym mieć prośbę? - spytaem niepenie, przygryzając dolną wargę. Lisołak zachęcił mnie do mówienia gestem. - Moja matka ponoć zostawiła tu pewien szczególny przedmiot... Czy mógłbym go odzyskać? - zawahałem się i zacząłem żałować pytania w chwili, gdy je wypowiedziałem. Mężczyzna uśmiechnął się lekko.
- Oczywiście. Już dawno czekalem, aż odważysz się go odebrać - powiedział, wstając. Chwilę go nie bylo w pomieszczeniu, w koncu przyszedł, trzymając w ręce długie zawiniątko. - Należy do klanu twojej matki od pokoleń. Wiesz, że możesz się domagać władzy, odkąd jest w twoim posiadaniu - stwierdził.
- Wiem - przytaknąłem. - Ale tego nie zrobię. Nie chcę być taki, jak on - oboje wiedzieliśmy, kogo mam na myśli.
Pozmawialiśmy jeszcze jakiś czas o sprawach mniej lub bardziej ważnych, a gdy ściemniło się, wyszedłem i skradając się pomiędzy kolejnymi cieniami, opuściłem niezauważony przez nikogo teren pałacu. Gdy byłem kawałek od bramy, obróciłem się na chwilę i zobaczyłem na murze smukłą męską sylwetkę z puszystym ogonem i szpiczastymi uszami. Uśmiechnąłem się i podziękowałem w duchu za podarowaną mi odwagę. Już nie miałem wątpliwości. Od razu udałem się do hangaru, by wyjechać pod osłoną nocy lub przespać się przy motorach.
- Chciałem jeszcze iść do mojego mistrza. Sądzę, że powinienem coś od niego zabrać - odpowiedziałem zgodnie z prawdą. Już od dłuższego czasu chodził mi po głowie pewien pomysł, ale nie miałem okazji i czasu, by go zrealizować... a może po prostu odwagi, by zapytać mistrza. Smok skinął tylko głową, że przyjął do wiadomości moje słowa, nie przestając krzątać się wokół półek. Uznałem to za zgodę, bym poszedł sam, więc wyszedłem.
Mój mistrz, Black mieszkał w pałacu w jednej z naw bocznych. Nie lubiłem tego miejsca, ale wiedziałem, że to właśnie tam spotkam mężczyznę. Bez większego problemu zostałem wpuszczony na tereny przedpałacowe i od razu udałem się w stronę mieszkania, modląc się, by nie spotkać kogoś z rodziny. Na szczęście udalo mi się to, choć kilka razy musiałem się kryć za filarem.
- Kogoś szukasz? - usłyszałem przy uchu głęboki, pewny siebie głos, gdy byłem już prawie w środku. Przestraszony niespodziewanym przyłapaniem obróciłem powoli głowę. Gdy zobaczyłem znajomą twarz, odetchnąłęm z ulgą.
- Black-dono - przeszłem płynnie na japoński - ulubiony język mistrza ze Świata. Z resztą, mistrz lubił wszystko, co było związane z tym narodem, dlatego też jego mieszkanie przypominało to z klasycznych książek japońskich.
- Jak zwykle łatwy do podejścia - uśmiechnął się lisołak, mierzwiąc mi włosy. - Wchodź do środka, dla obojga nas nieproszeni słuchacze nie są zbyt mile widziani - zadecydował, pociągając mnie za ramię w stronę drzwi. Bez słowa poszedłem za nim.
Siedziałem na płaskiej poduszce naprzeciw swojego mistrza, a on patrzył się na mnie intensywnie błękitnymi oczyma, podczas gdy ja referowałem mu obecną sytuację. Wiedziałem, że jako Strażnik prędzej, czy później, dowiedziałby się o porwaniu, jednak moje wrażenia z wywiadu z senatorem wydały mu się przydatne, gdyż zadał mi kilka szczegółowych pytań. Nie na wszystkie potrafiłem odpowiedzieć.
- Hebi-kun, z tego co słyszę, to ta sprawa może naprawdę kryć za sobą coś poważniejszego - stwierdził w końcu, używając japońskiego. - Coś, co przerasta możliwości FALCON, czy jakiejkolwiek pojedyńczej formacji. Wyślę z tobą swojego łącznika - na kolanach mężczyzny usiadła nagle smukła czarna lisica. Nie znałem jej imienia z całą pewnością, ale wiedziałem, że należy do stada, którego lisołak używał jako swoich szpiegów, łączników i posłańców. - Od tej pory masz dopilnować, żeby Lilia wiedziała o wszystkim, co się tyczy sprawy. WSZYSTKIM, bez względu na to, czy jest dla ciebie wygodne, czy nie. Gdyby cokolwiek się działo, wkroczę do akcji. I nie wychodź do Świata, o ile to możliwe. Jeśli będziesz musiał, idę z tobą. Mówię to zarówno jako Strażnik, twój mistrz, jak i ktoś, komu zależy na tobie. Dobrze? - w oczach mistrza odbiła się niemal ojcowska czułość. Kiwnąłem głową krótko i miałem zamiar wstać, gdy przypomnialem sobie coś.
- Black-dono, czy mógłbym mieć prośbę? - spytaem niepenie, przygryzając dolną wargę. Lisołak zachęcił mnie do mówienia gestem. - Moja matka ponoć zostawiła tu pewien szczególny przedmiot... Czy mógłbym go odzyskać? - zawahałem się i zacząłem żałować pytania w chwili, gdy je wypowiedziałem. Mężczyzna uśmiechnął się lekko.
- Oczywiście. Już dawno czekalem, aż odważysz się go odebrać - powiedział, wstając. Chwilę go nie bylo w pomieszczeniu, w koncu przyszedł, trzymając w ręce długie zawiniątko. - Należy do klanu twojej matki od pokoleń. Wiesz, że możesz się domagać władzy, odkąd jest w twoim posiadaniu - stwierdził.
- Wiem - przytaknąłem. - Ale tego nie zrobię. Nie chcę być taki, jak on - oboje wiedzieliśmy, kogo mam na myśli.
Pozmawialiśmy jeszcze jakiś czas o sprawach mniej lub bardziej ważnych, a gdy ściemniło się, wyszedłem i skradając się pomiędzy kolejnymi cieniami, opuściłem niezauważony przez nikogo teren pałacu. Gdy byłem kawałek od bramy, obróciłem się na chwilę i zobaczyłem na murze smukłą męską sylwetkę z puszystym ogonem i szpiczastymi uszami. Uśmiechnąłem się i podziękowałem w duchu za podarowaną mi odwagę. Już nie miałem wątpliwości. Od razu udałem się do hangaru, by wyjechać pod osłoną nocy lub przespać się przy motorach.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz