środa, 10 lipca 2013

od Hebiego

Gdy przyjechałem, w środku byli już wszyscy. Przed wejściem spotkałem wielkiego czarnego lisa. Skłoniłem się lekko, ale ten mnie powstrzymał przez większym okazaniem szacunku.
- Nie trać czasu na zbędną etykietę. Oboje jesteśmy wojownikami, a nie pannami z dworu - stwierdził lis, trzęsąc czarną obrożą z medalikiem. Od początku wiedziałem, że to był mój mistrz.
- Oczywiście - mruknąłem, wpuszczając go przed sobą w drzwiach. Zwierzęca postać była mu bardzo na rękę, bo nie chciał krępować zgromadzonych swoją obecnością, a czarny cień za kanapą nie był niczym wartym uwagi.
- Dobra, wszyscy są? - spytałem, uspakajając ogólnie pojęty chaos, jaki panował w pomieszczeniu.
- Yawol nie ma - stwierdził Lampa. - Znowu - dodał, wzdychając.
- Świetnie. Właśnie teraz, jak przydaje się najbardziej - skrzywiłem się, ale usiadłem lużno na wielkim skórzanym fotelu. - Mniejsza o to, nie będę niańczył nimfy z rozchwianą psychiką - oznajmiłem cierpko. - Ile już wiecie?
- Mówisz o sprawie? Ekler zyniuchał, że Yrazz ma imperialistyczne zapędy, ale to już wiesz. Poza tym, to niezbyt wiele. Ponoć na Archipelagu ostatnio doszło do kilku bójek na tle rasowym. Jak zwykle, ale teraz częściej i brutalniej. Podobno to jakaś grupa zorganizowana, nazywająca się Ligą Sprawiedliwych, ale nikt ich bezpośrednio nie namierzył - zreflektował Lampa.
- Poza tym, dochodzi do ciekawych przerzutów broni - dodał Eklerka.
- Co to znaczy: ciekawych? - elf wstał, podchodząc do prowizorycznej mapy Kontraświata. Widziałem, że oczy mojego mistrza podążyły za elfem z niezwykłą intensywnością wytrawnego skrytobójcy, wyłapując każdy szczegół ruchu. - Tu, tu i tu są największe skupiska. A pojawiają się głównie drogą morską.
- Co z Amią? Dopuściła, czy nie wie? - spytał Rakyo, wyraźnie niezadowolony całą sprawą. Chwilowo przestał nawet zachowywać się opiekuńczo wobec mnie, co tylko świadczyło o jego zdenerwowaniu.
- Możliwe, że żadne z tych - popatrzyliśmy uważnie na JAM'a, pojawiającego się znikąd. Tylko mój mistrz nie był zdziwiony. - Postanowiłem poszukać czegoś na własną rękę, więc popytałem kilka duchów. Pewna była senatorka, panna Lema widziała podwładnych Strażniczki transportujących wielkie czarne skrzynie z nieprzepuszczającego magii materiału. Jestem prawie pewien, że to broń. Zarówno magiczna, jak i pochodząca ze Świata broń strzelająca kulkami metalu - opowiedział duch. Nagle przyszło mi coś do głowy i mialem nadzieję, że się mylę.
- Ekler, pokaż jeszcze raz na mapie te miejsca. Najlepiej zaznacz je czymś - poleciłem. Elf nie był pewien, o czym myśle, ale zrobił, o co go prosiłem.
- Chikusho! - syknąłem, gdy tylko moje przypuszczenia się potwierdziły. Wszyscy popatrzyli na mnie, nie rozumiejąc. - To są miejsca największych portali - wyjaśniłem ściszonym głosem. Zapadła cisza, którą przerwałem dopiero po chwili.
- Chcę mieć ludzi przy każdym z portali, ubezpieczających teren. Lampa, zajmiesz się raportami. Kto wplywa, wypływa, przebywa, wynosi, wnosi. Barman za ladą beknie, ja chcę o tym wiedzieć. Najlepiej całe zony podwyższonego zaburzenia mają być pod kontrolą - kotołak kiwnął głową, z pozoru lekceważąco, ale wiedziałem, że potraktuje sprawę poważnie. Niemal cały jego klan był pod jego rządami, więc nie obawiałem się o komunikację. - Kolejna sprawa dotyczy Strażników. Ottewę i Amię z całą pewnością możemy wrzucić do worka z napisem wróg. Musimy wiedzieć, co z resztą. Mistrzu, mógłbyś się tym zająć? Masz największe możliwości - skłoniłem się, ale lis machnął tylko łapą.
- Znam swoje kompetencje i rozpocząłem już zwiad - odpowiedział, jak zwykle spokojnie. Jako jego uczeń potrafiłem jednak wyczuć, że ostatnio nie ma najlżejszego życia. - Właśnie, chcę z tobą porozmawiać potem w cztery oczy - stwierdził i wyszedł. Najwyraźniej uznał, że co chciał, już usłyszał, albo po prostu któryś z kitsune miał dla niego wiadomości.
- Są jakieś pytania? - spojrzałem po obecnych. Było kilka pytań. Jedne bardziej, drugie mniej związane ze sprawą, a wszystkie niezbyt poważne, więc potraktowałem je jako swojego rodzaju rozrywkę przed czekającą mnie pracą. Długą, wykańczającą i bezwzględną pracą. Gdy już kończyliśmy, w biurze nagle znalazł się Kane. Wszyscy popatrzyli na niego z mieszanymi uczuciami, a ja tylko westchnąłem. Szykowała się długa noc i nawet księżyc z pełni wyjątkowo mnie nie cieszył, a irytował.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz