sobota, 24 sierpnia 2013

Od Ogiona


Szedłem ulicami stolicy i tęskniłem za ciszą swojego pałacu. Wiedziałem, że tu jestem potrzebny. Mimo to nie czułem się w tym miejscu najlepiej. Merrk przyniósł mi wieczorem zioła z Cziert, w nocy zrobiłem kilka mikstur, a po rozmowie z Irezają  poszedłem do Gabrieli.
Dziewczyna jak zwykle przywitała mnie uprzejmie. Chciała poczęstować mnie herbatą, ale odmówiłem. Widziałem, że jest zajęta. Zostawiłem więc tylko mikstury dla Marie na stole i wyszedłem. Wracałem do pałacu, gdy drogę zastąpiła mi dwójka strażników.
- Mamy obowiązek cię zatrzymać, demonie – odezwał się do mnie jeden z nich.
- To nieporozumienie. Nie jestem demonem, poza tym...
- Wytłumaczysz się komuś innemu, a teraz idziesz z nami – warknął drugi. Zdecydowanie ktoś im dziś nadepnął na odcisk. Zastanawiałem się nad opcjami ucieczki, bądź co bądź wizyta w lochu, nawet niezbyt długa, mi się nie uśmiechała. Zanim jednak zdążyłem wymyśli sensowny plan jeden ze strażników chwycił mnie brutalni za rękę. Wyrwałem mu się bez większego trudu. Strażnicy spojrzeli po sobie, a ich dłonie powędrowały w stronę mieczy.
- Co tu się, do cholery, dzieje!? – usłyszałem znajome, wściekłe warknięcie.
- P...pan Kane – zawołał jeden z gwardzistów spoglądając na nadchodzącego demona. Widać było, że bali się Kane’a. Pokłonili mu się nisko.
- My tylko chcieliśmy zatrzymać tego tu... – zaczął się tłumaczyć drugi gwardzista.
- Rozumy wam już, kurwa, odjęło?! Czego was, do cholery, uczą w tej straży? Ogion od jakiegoś czasu jest moim gościem. Jeżeli któryś go tknie to osobiście wam łapy powyrywam! A teraz spieprzać i bierzcie się do prawdziwej roboty!
- T...tak! – zawołali oboje i pozbierali się migiem.
- Dziękuję – powiedziałem do Strażnika.
- Często miewasz takie problemy? – zapytał.
- Czasami...
- Ta... Straż miejska składa się głównie z debili, którzy nie nadawali się nigdzie indziej. No to co, martwy elfie... Spieszy ci się bardzo do tego burdelu, który nazywa się potocznie pałacem, czy może usiądziemy gdzieś i czegoś się napijemy?
- Nie mam jakichś specjalnych planów... – przyznałem.
- No to chodź.
Strażnik cesarski zaprowadził mnie do dość sporego, bogatego lokalu. Jego wejście wywołało małe zamieszanie. Chyba dobrze go tu znali. Jedna z kelnerek zaprowadziła nas migiem do osłoniętej loży.
- Czego się panowie napiją? – zapytała przymilnie.
- Pijasz alkohol? – zapytał.
- Owszem, czasami...
- No to przynieś nam coś mocnego... może być szkocka. Od razu podaj całą butelkę.
- Oczywiście – dziewczyna odeszła pospiesznie.
- Wiesz... Chciałem ci podziękować – powiedział Kane. – Cieszę się, że ten cały Orobas nie zmienił mnie w śliniące się zombie – byłam nieco zaskoczony słowami Strażnika. Dostał więcej wspomnień Hebiego niż początkowo zakładałem.
- Nie musisz mi dziękować – odpowiedziałem. - Nigdy nie pozwoliłbym, żeby potraktowano kogokolwiek w ten sposób.
- He... Niby nieumarły, żyjący na wyspie należącej do demonów, a tyle w tobie moralności. Większość uważa takich jak ty za potwory.
- To czy jest się potworem, czy nie, to w większości kwestia wyboru – odpowiedziałem.
Do stolika podeszła dziewczyna z zamówionym alkoholem. Uśmiechnął się pięknie i odeszła. Kane nalał sobie i upił solidny łyk.
- Mam wielką ochotę się dziś spić... – powiedział i jednym haustem opróżnił szklankę. Uśmiechnąłem się na te słowa.
- To raczej niemożliwe... – powiedziałem napełniając własną szklankę.
- A to niby dlaczego?
- Nieumarli i demony nie mają możliwości doprowadzenia się do stanu upojenia alkoholowego. Nasz organizm zbyt szybko neutralizuje trucizny, w tym też alkohol – Strażnik spojrzał na mnie dziwnie. Wymamrotał pod nosem wiązankę przekleństw i westchnął głośno. Było w nim dziś coś dziwnego. Był jakby... pusty.
- Nad czym się tak zastanawiasz? – zapytał spoglądając na mnie.
- Cóż... Jesteś jakby... niekompletny – powiedziałem.
- Aaa... To. Można tak powiedzieć. Shrik robi paniczowi za przytulankę.
- Zostawiłeś tygrysa samego z Hebim? – zapytałem. Nie mogłem uwierzyć, że Strażnik mógł zachować się tak nieodpowiedzialnie. Widziałem jak agresywny potrafi być Shrik.
- Spokojnie. Jedyne o co bym się martwił, to o tych, co będą chcieli dzieciakowi przeszkadzać.
- Jak to?
- Widzisz. Kocisko czuje, że Hebi jest teraz częścią mnie, czy jakby to nazwać, ze względu na to, że mam kawałek jego duszy. Z tego powodu uważa Hebiego za... swoje kocię. Czy coś w tym stylu.
- Chcesz powiedzieć, że w tygrysie odezwało się coś na kształt instynktu rodzicielskiego? – jakoś trudno mi było w to uwierzyć.
- Na mnie nie patrz. Ja nie zamierzam robić młodemu za tatusia. Ja to nie Black. Nie nadaję się do tego. Ale Shrik zawsze robi wszystko po swojemu. A tym razem uroiło mu się, że Hebi jest jego... – wzruszył ramionami.
Siedzieliśmy jeszcze przez jakiś czas. Rozmawialiśmy trochę o demonach. Kane chciał się co nie co dowiedzieć. Na przykład czy istnieją jeszcze jakieś genialne nowiny, jak ta, że nie może się nawet spić. Większość jednak sam zauważył, jak brak zmęczenie fizycznego, czy apetytu. Niektórych rzeczy sam nie byłem pewien. Kane był w końcu dość niezwykły jak na przedstawiciela swojego gatunku i nie wiedziałem jakie miejsce w świecie demonów przyjdzie mu zająć.
W końcu jednak tematy nam się wyczerpały. Kane zapłacił i oboje skierowaliśmy się w stronę pałacu.

Od Irezaji

Kiedy tylko byłam pewna, że zniknęłam z oczu Hebiego puściłam się biegiem. Po drodze niemal wpadłam na jakąś damulkę. Spojrzała na mnie jakbym, Wyrocznia jedna wie, co jej zrobiła.
- Przepraszam.. – wybąkałam szybko i pobiegłem dalej.
Zwolniłam dopiero w najdalszym kącie ogrodów pałacowych. Tam po prostu opadłam na ziemię. Podciągnęłam kolana pod brodę i rozpłakałam się. Hebi nie chciał ze mną rozmawiać. Okłamał mnie, czułam to. Bałam się, że już nigdy się do mnie nie odezwie. A Aeron... Co on powie gdy się o wszystkim dowie? Nie wiem czy kochałam pół smoka. Nawet jeżeli i tak nie było dla nas większej przyszłości, to zależało mi na nim, w pewnym sensie, a już na pewno nie chciałam go ranić. A to co się stało, zapewne by go zraniło.
Choćbym nie wiem ile się zastanawiała, nie mogłam wymyślić nic, co choć trochę mogłoby poprawić sytuację. W końcu po prostu zostało mi tylko siedzieć i ryczeć. Nie pamiętałam kiedy ostatnio tak płakałam. Nienawidziłam być słaba. Nie mogłam się jednak powstrzymać. Za dużo emocji nagromadziło się we mnie i po prostu pękłam. Miałam tylko ogromną nadzieję, że nikt mnie tu nie znajdzie w takim stanie.
No i niestety na nadziei się skończyło.
- Irezaja? – usłyszałam wystraszony głos. Podniosłam głowę. Kari ukląkł obok mnie pospiesznie i przyglądał mi się z mieszaniną strachu i czujności.
- N...nic... – wymamrotałam i próbowałam pospiesznie doprowadzić się do porządku, choć wiedziałam, że to na nic. Dłonie mi drżały. Spojrzałam na niego i znowu zaniosłam się spazmatycznym szlochem.
- Co ci jest? Ktoś zrobił ci krzywdę? – dopytywał się mężczyzna i oglądał mnie dokładnie, chyba w poszukiwaniu jakichś ran, czy innych fizycznych przyczyn mojego stanu. Zdołałam tylko pokręcić przecząco głową, a kiedy chciałam się odezwać tylko dziwnie jęknęłam. Przycisnęłam dłonie do twarzy. Poczułam jak półanioł delikatnie przyciąga mnie do siebie.
- Spokojnie... Już dobrze...  – mruczał kołysząc mnie jak małe dziecko. Nikt mnie nigdy tak nie trzymał.  Tak po prostu, otaczając opieką.
Po dłuższej chwili uspokoiłam się na tyle, żeby spróbować usiąść o własnych siłach.
- Przepraszam – wyszeptałam. Było mi wstyd, że ktoś musiał mnie pocieszać, że pozwoliłam by oglądał mnie taką.
- Nie musisz przepraszać. Tylko... – zawahał się. Nie chciał naciskać, ale chciał też wiedzieć co się stało.
- To... Nikt mi nic nie zrobił... tylko... Och, trudno to wyjaśnić... – No bo jak mu miałam niby to wszystko opowiedzieć?
- Wiem coś o sprawach, które trudno wyjaśnić – powiedział i usiadł obok mnie. Oparłam głowę o jego ramię. Siedzieliśmy tak, milcząc, przez dość długi czas. Jego też coś trapiło, byłam tego pewna. Ale jakoś nie miałam siły, żeby zacząć rozmowę. Wystarczyło mi, że jest obok ktoś, z kim mogę po prostu pobyć.

Od Kaelusa

Spoglądałem za odchodzącym Karim. Nie chciałem budzić w nim nieprzyjemnych wspomnień i go ranić. Było mi strasznie głupio. Argo ułożyła się na moich kolanach. Podrapałem ją pod brodą, na co zareagowała zadowolonym pomrukiem.
- Kaelu...? – drakona spojrzała na mnie.
- Tak Złociutka?
- Jak długo można kogoś kochać? Kogoś... kogo już nie ma... – to pytanie zaskoczyło mnie.
- Nie wiem, maleńka. Ale sądzę, że długo, bardzo długo. Miałem cztery lata, kiedy moja mama umarła, a mimo to wciąż ją kocham... – powiedziałem.
- Acha... A ile to było temu?
- Szesnaście lat...
Argo westchnęła.
- Chciałabym, żeby Kari przestał ją już kochać.
- Dlaczego?
-Bo go to boli. Mnie też boli, ale mniej i już nie boli tak mocno, ale jego boli dalej, bardzo. A ja nie chcę, żeby tak było... - Nie wiedziałem co na to odpowiedzieć. Z jednej strony chciałem wiedzieć więcej o tej Yuki. Jaka była i dlaczego Kari stwierdził, że jestem do niej podobny. Nie ośmieliłbym jednak pytać o nią, ani swojego brata, ani nawet Argo. Nie chciałem przywoływać złych wspomnień.
- Paniczu Kaelu?
Odwróciłem się. Zobaczyłem jednego ze służących.
- Tak?
- Goście do panicza – oświadczył.
- Tak, już idę – Argo usadowiła mi się na ramionach gdy wstałem. Uśmiechnąłem się do drakony. Ledwie wszedłem do hallu gdy poczułem czyjeś ramiona zaciskające się wokół mnie.
- Kal! – krzyknęła Bianca uradowana – Oj! Wybacz Argo... – elfka pogłaskała drakonę po głowie.
- Część Bianca! –zawołała Argo.
- Witaj... Tylko co ty tu robisz? – zapytałem, byłem nieźle zaskoczony jej widokiem.
- No wiesz co?! Zamiast się uciszyć, objąć mnie i pocałować, ty pytasz co ja tu robię? – dziewczyna skrzyżowała ręce na piersi i zmarszczyła nosek.
- Cieszę się! Oczywiście , że się cieszę... – powiedziałem i pogłaskałem Biancę po policzku. – Jestem po prostu zaskoczony.. no i..
- Oj nie tłumacz się już, tylko mnie pocałuj – zażądała. Argo zeskoczyła na ziemię, a ja z przyjemnością spełniłem prośbę dziewczyny i pocałowałem ją namiętnie.
- Ej gołąbeczki! Ładnie to tak, podrywać moją małą kuzyneczkę? Wstydziłbyś się! – zganił mnie znajomy, kobiecy głos. Oderwałem się od dziewczyny spłoszony. Przede mną stała ładna, rudowłosa elfka.
- Ashley? – Ashley była kuzynką Biancy. Jedyną, dorosła już, córką jej dość strasznej ciotki. Dość dawno już jej nie widziałem.
- No, a kogo się spodziewałeś? Matka nigdy by nie puściła Biancy samej. Dlatego jestem tu z nią.
- Czy Brann jest z tobą...? – zapytałem ostrożnie. Brann był chłopakiem Ash i bardzo mnie nie lubił. Chociaż szczerze nie wiem dlaczego.
- Nie... – powiedziała. Przez moment wydawało mi się, że jakiś cień przebiegł przez jej twarz. Czyli wiadome było, żeby dalej nie pytać.
- Chodźcie. Usiądziemy, musicie być zmęczone po.... – nie skończyłem, bo usłyszałem biegnące stado.
- Bianca!! – zawołały wilkołaki chórem. Kiedy jednak spostrzegły drugą dziewczynę stanęli jak wryci, aż posadzka zapiszczała.
- A....Ash....Ashley...? – jąkał się Jori. Wilkołaki uważały, że rudowłosa elfka jest, co najmniej, straszną wiedźmą, jak jej matka. I trzeba było przyznać, że się jej bały.
- Ooo... Właśnie się zastanawiałam skąd wziąć wilczą skórkę na dywan – powiedziała Ash i zmrużyła oczy.
- To my będziemy tam... – każdy wilk pokazał inny kierunek, ale w końcu wszystkie biegiem pognały po schodach do góry.
- Musisz ich tak straszyć? – zapytałem.
- Ktoś musi trzymać dyscyplinę – posłała mi ciepły uśmiech.
Westchnąłem tylko i poprowadziłem dziewczyny do salonu, gdzie mogły w spokoju usiąść. Argo łypała nieco podejrzliwie na Ashley, ale uznała, że skoro ja ją znam, to nie stanowi zagrożenia.

Od Kane'a

Mały spacerek po pałacu i co widzę? Hebiego, tulącego Moona. Przecudny obrazek. Dzieciak miał ostatnio, albo takiego pecha, albo coś z nim było nie tak. Stanąłem i zabiłem brawa. Hebi spojrzał na mnie przerażony, jego służący jeszcze bardziej.
- No brawa, młody. Powiedziałbym „moja krew”, ale wampir jest zdecydowanie nie w moim guście...
- Wybacz panie... to nic z tych rzeczy... panicz Hebi tylko... – tłumaczył się służący gęsto. Dłonie mu drżały.
- Spokojnie. Ja z nim porozmawiam – młokos uśmiechnął się przepraszająco do służącego. Ten skinął głową i pospiesznie odszedł. - Kane... to...ech...
Westchnąłem kiedy dzieciaka podszedł do mnie. Miał minę zbitego psa, a ja zacząłem czuć się okropnie. Jego emocje obudziły Shrika. Tygrys zmaterializował się i warknął szukając przyczyny mojego podłego humoru.
- Chodź – powiedziałem i nie czekając na to, aż chłopak znajdzie jakąś kreatywną wymówkę poszedłem w stronę swoich kwater. Chłopak powlókł się za mną. Kiedy weszliśmy kazałem mu usiąść. Zrobił to, o dziwo, bez marudzenia.
- Wiesz młody, jak tak dalej pójdzie to będziesz miał gorszą reputację niż ja.
- To raczej niemożliwe... – wymamrotał.
- Mylisz się. Ja jestem skurwielem już tak długo, że nikogo nie dziwi jak kogoś spiorę, zamorduję czy zabawiam się z połową dwórek obecnych w pałacu. Z tobą sprawa jest inna. Ty masz opinię dobrego chłopaka, a taką można sobie łatwo spieprzyć. – powiedziałem stawiając przed nim szklankę. Hebi spojrzał na szkło podejrzliwie. – Spokojnie to nie alkohol. Shrik jeszcze nie wyciągnął twojego sublokatora na tyle, żebyś się mógł spić. A ja nie mam zamiaru prać cię znowu po pysku i obrywać przy okazji. Ostatni raz mi się zmarło, drugi raz tego błędu nie popełnię.
Chłopak westchnął ciężko i upił spory łyk soku. Wyglądał bynajmniej marnie.
- Remes! – warknąłem. Dajmon pojawił się po chwili. Ukłonił mi się, a chłopaka obrzucił zainteresowanym spojrzeniem.
- Tak, panie mój?
- Znajdź jakieś zajęcie dla chłopaków z FALCON’u. To ma być coś na tyle ważnego, żeby nasze zakochane smoczysko się gdzieś wyniosło na dzień, może dwa, najlepiej w trybie natychmiastowym...
- Co? Jak to? – Hebi był zaskoczony. Spojrzał na mnie niepewnie.
- Dostałeś rozkazy... – zwróciłem się do Remesa. Mężczyzna odszedł odprowadzany zaskoczonym spojrzeniem młodego.
- Ale... – zawołał dzieciak i chciał wstać. Powstrzymałem go.
- Posłuchaj. Jak cię Rakyo dorwie w takim stanie, to nie będzie kolorowo. Będzie się dopytywał co ci jest, a tobie puszczą nerwy z powodu wyrzutów sumienia i jeszcze się wygadasz. A ja naprawdę nie mam ochoty użerać się z napompowanym testosteronem, zazdrosnym smoczyskiem, niszczącym wszystko na swojej drodze. Najpierw dojdź do jakiejś równowagi psychicznej. Później będziesz mógł go pomiziać czy co tam robicie w wolnych chwilach.
- Może masz trochę racji... – wyszeptał i zwiesił głowę. Był bliski płaczu. Posłałem Shrika w jego stronę. Tygrys ułożył się tuż obok chłopaka. Dzieciak wtulił głowę w jego furto. Westchnąłem i wstałem, chłopak zasnął.
- Pilnuj go – wyszeptałem do swojego dajmona. Odpowiedział mi cichy pomruk zgody.
Kiedy wyszedłem z biura czułem się odrobinę lepiej. Hebi spał spokojnie. Shrik skutecznie pożerał negatywne emocje dając dzieciakowi chwilę wytchnienia.
- Panie. Rakyo i jego towarzysze są w drodze na Archipelag Smoczy. Co prawda smok dopytywał się o Hebiego, ale JAM’owi udało się go przekonać do odlotu. Wrócą najwcześniej jutro wieczorem.
- Dobrze. Informuj mnie gdyby coś się działo.
- Oczywiście.
Wybrałam się na miasto. Musiałem się napić i trochę odsapnąć.

od Hebiego

Po rozmowie z Kane'em byłem jeszcze bardziej przybity. Strażnik dokładnie czuł moje uczucia, a mimo to byłem pewny, że gdy tylko będzie mógł, będzie robił aluzyjki do "mojej techniki i ducha playboy'a" jeszcze przez długi, długi czas. Dlatego też, gdy na korytarzu spotkałem wiwernę, wyglądałem jakby mnie przejechał stary, zardzewiały traktor. Moje spotkanie z Irezają było niespodziewane i bardzo mi nie na rękę. Dlaczego musiałem akurat tędy przechodzić... głupie skróty.
- O, Irezaja, witaj - kiwnąłem głową formalnie. Zbyt formalnie.
- Hebi... ja... musimy porozmawiać - widziałem, że dziewczyna myśli o ubiegłych wydarzeniach. Powienienem się zgodzić, Kane też był tego zdania, ale nie miałem pojęcia, co powiedzieć. Bałem się, że spieprzęi tak już przegraną sprawę. Nie chcialem też podchodzić do tego sam. Nie byłem tylko pewny, kogo powinienem spytać. Na pewno nie Rakyo, bo to bylo coś, o czym on nigdy nie powinien się dowiedzieć. Nie byłem też zbytnim fanem Strażnika jako mediatora, z jego końskim poczuciem humoru i "chropowatą" osobowością. Przez myśl przemknął mi JAM, ale on pewnie miał dużo pracy przy FALCON'ie. Może więc mistrz? Ale nie teraz pora na zastanawianie się.
- Irezajo... przepraszam, ale teraz mam coś pilnego do zrobienia, może potem, dobrze? Mam nadzieję, że to nic pilnego - moja osobowość salonowa była teraz dla mnie zbawieniem.
- A... tak, oczywiście - wiwerna speszyła się i odeszła. Doszedłem do pokoju, ale zanim otworzyłem drzwi, oparłem się o ścianę i zacząłem głęboko oddychać. Bałem się wejść w takim stanie, Rakyo na pewno by coś zwęszył.
- Pan Hebi... - zza zakrętu korytarza wyszedł Moon. Gdy tylko mnie zobaczył, podbiegł. - Czy wszystko w porządku? Mam wezwać... - nie dokończył, bo machnąłem ręką.
- nic mi nie jest. Przynajmniej fizycznie. A wątpię, żeby był tu ktoś, kto potrafi leczyć zapalenie serca - uśmiechnąłem się, ale był to śmiech przez łzy.
- Czy coś się stało? Jeśli tylko mogę pomóc, proszę się nie krępować.
- Moon... - zawahałem się. - Dziękuję - wymruczałem. Nagłym impulsem objąłem wampira mocno i ukryłem twarz w jego włosach. Sam nie wiem, dlaczego to zrobiłem, po prostu potrzebowałem bliskości drugiej osoby, bez względu na to, kto to był.
- Panie Hebi...! - służący był co najmniej mocno zszokowany.Jego mięśnie napięły się jak do ucieczki.
- Pozwól mi tak chwilę pobyć, nic więcej nie zrobię - wymruczałem niskim głosem. Mimo dość intymnej sytuacji, byłem pewny, że nic się nie stanie. Wampir był dla mnie bardziej ciepłą, wygodną poduszką, niż obiektem zainteresowania fizycznego.
- Oczywiście - poczułęm, jak jego mięśnie się rozluźniają, ale oddech wciąż pozostawał szybszy niż zwykle. A może to tylko moja wyobraźnia... Nagle usłyszałem czyjeś brawa.