piątek, 12 lipca 2013

od Kariego

Zaczęło się niewinnie, od jednej butelki. Gdy za nią poszła druga, zacząłem już czuć, że poranek wyśniony nie będzie, przy trzeciej zacząłem wylewać alkohol za siebie, żeby chociaż jedna osoba zachowała trzeźwość. Ale stop powiedziałem dopiero, gdy w planach była szósta.
- Stary, wyluzuj - poklepałem Kaelusa po plecach. Nie było to zresztą tak łatwe, bo anioł bujał się na prawo i lewo, jak gdyby był na małej łódeczce w sztormową noc. Westchnąłem, próbując go objąć w pasie, by zanieść jakimś cudem na drugie piętro do pokoju.
- Kochanie, nie tak nachalnie. Co sie odwlecze... hłyp!... to nie uciecze - wymamrotał, a jego twarz znalazła się niebezpiecznie blisko mojej. Jak gdybym jeszcze potrzebował wyrazów miłości od mlodocianego anioła. Miałem tylko nadzieję, ż uda mi się go upilnować, zanim zrobi coś, czego będzie potem żałował. Albo ja będę żałował, bo taka sytuacja też miejsce mieć może.
- Tak, tak, mały. Chodź, na górze będzie fajniej - jakkolwiek to brzmiało, pomyślałem, że pójście w jego karty może choć trochę ułatwić mi zadanie.
- Ossssstro! Lubię takie - anioł najwyraźniej nie kontrolował, co mówi, albo przez długie włosy i kimono wydawałem mu się być kobietą. Miałem nadzieję, że to pierwsze, bo powoli ogarniała mnie senność, a nie odważyłbym się zamknąć oczy z groźbą niewyżytego fizycznie anioła.
W końcu jakoś udało mi się przerzucić sobie Kaelusa przez ramię. Byłem prawie przy schodach, nieco chwiejnym krokiem, zarówno ze względu na wagę prawie dorosłego mężczyzny na sobie, jak i pierwszą i drugą butelkę., gdy zaczepił mnie jakiś człowiek w średnim wieku.
- Towarzyszu, wy nie wiecie, kak tutaj załatwić wizu? - spytał z dziwnie zaciągającym akcentem. Pomyśłałem, że tylko tego mi teraz brakowalo.
- Chwila, najpierw jeden towarzysz, potem drugi, dobrze? - uśmiechńąłem się wymijająco.
- Ale towarzyszu, wy żdaietie, ja pomogu. Dawaitie mi go tu! - mężczyzna bez zawahania wziął Kaelusa ze mnie. Wbrew wyglądowi, był bardzo silny. - Kak mnie dać jewo? - spytał. Poszliśmy w trójkę... a właściwie dwójkę do pokoju Kaelusa i położyliśmy na łóżku. Jegynym plusem sytuacji było to, że zarówno Argo, jak i trójka wilkołaków dawno już spała.
Mogłem wreszcie porozmawiać z "towarzyszem Dmitrijem", jak nazwał się mężczyzna. Z tego, co zrozumiałem, pochodził z "Rassii" i zgubił się po imprezie. Z niejasnych tłumaczeń o "samochodach", "Zdziśku" i "Mc'Donaldzie" wywnioskowałem, że musi być jednym z przypadkowych podróżników między wymiarami. Nawet by to nie komplikowało aż tak bardzo sprawy, gdyby nie to, że mężczyzna uparł się, że musi dostać "wizu". W końcu zgodziłem się zaprowadzić go do "konsula", który, jak mniemałem był jakimś urzędnikiem w Świecie, żeby zdobyć potrebny mu dokument. Oczywiście, mój plan zakładał, że odstawię go przy strażnikach najbliższego miasta, żeby zajęli się sprawą.
Towarzysz Dmitrij okazał się być bardzo przyjemnym człowiekiem, i gdyby nie jego śmieszny dialekt byłby zupełnie znośnym towarzyszem... głupie homonimy... podróży. Budził we mnie jakąś sympatię, a intuicja mi mówiła, że niejedno jeszcze na Kontraświcie się stanie za jego sprawą. Na razie jednak patrzyłem, jak kładzie się do łózka. Mnie osobiście zupełnie odechciało się spać.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz