Szedłem ciemnym korytarzem, z dala
od gwaru, od szeptów złowrogich, knowań i jęków. Władza w Kontraświecie, bla,
bla, bla. Cesarz i jego bękarty, bla, bla, bla. Wyrocznia i reszta tego
politycznego szajsu, bla, bla, bla... Dość już tego miałem. Moje życie proste
być powinno. Bić, zabić, zgnieść, posiekać, byle by juchy jak najwięcej, byleby
pragnienie zaspokoić, duszę w krwi skąpać. Wściekłości dać upust, bawiąc się
przy tym wyśmienicie. Przeciwnik mi się marzył. Prawdziwy, potężny, taki,
którego jednym ciosem nie wypatroszę, taki, z którym dłużej powalczę.
- Jackie... – usłyszałem szept
złowrogi. Dusza moja znów wyczuła, że zły jestem. Że żądzą mordu pałam.
Obudziły się potwory, najpierw w mojej głowie tylko, później wylazły na
zewnątrz ukazując swoje wstrętne, zębate mordy. Wykrzywione w ohydnym grymasie,
ni uśmiech to był, ni grymas wściekły. Spojrzały na mnie ślepia czerwone.
- Jazda mi stąd, sam chcę zostać –
warknąłem.
- Sam...? – zaśmiała się paszcza.
- Jackie... chodźmy coś zabić –
szczeknęła inna.
Zabić, tak, to plan dobry, podobał
mi się. Ale co, by tu ubić? Kagath demonów mordować nie kazał, póki się
słuchały. Harpii już za dużo wybiłem, wściekł się Kagath o to, nawet syreny z
wybrzeża pouciekały. Bojąc się, że wyrżnę.
Wtedy poczułem, coś nowego,
obcego, coś co można by skrócić o głowę. Wyszedłem z pałacu. Zobaczyłem
lądujące smoczysko. Na grzbiecie jego Istri siedziała, a z nią ten co dziwną
aurę rozsiewał. Zsunęli się z grzbietu jaszczura. Wtedy obcy skrzydła rozwinął,
jak tarczy aury jasnej użył. Wróbel. Skrzydlate paskudztwo, które dobrze
jedynie wypatroszyć.
- Kto tam jest? – zawarczałem.
Paszcze niespokojne wić się za moimi placami zaczęły. Spojrzała na mnie
demonica niechętnie. Nie lubiła mnie. Lalka Alerartiego, jak suka za panem
zanim latała, głupsza niż kukła, ale ciało miała niezłe. - Więc? – warknąłem znowu. Blask wróbla mnie
denerwował. Raził, furię wzmagał. Paszcze wylazły, przekształciły się, w ogary
piekielne zmieniły. Stanęły warcząc, do ataku gotowe.
- Sami mnie tu chcieliście – odpowiedział
przybysz. „Chcieliśmy”, kto niby, kurwa, chciałby na Cziert wróbla? Ale
wiedziałem, skoro ta mała z nim była to zapewne Alerarti po to nowe mięso
posłał. Tylko po kiego gnata to tu? Nie dość już Kagatha wiecznych knowań?
Jeszcze jego pupilek musi kurestwo wszelkie sprowadzać.
- Przepuść nas – Istri zażądała. Bliżej
podeszła, paszcza na nią warknęła. Lasencja gwałtownie się cofnęła, nawet ona
się potworów bała, wiedziała, że nieobliczalne są i miazgę z niej zrobią jeśli
za blisko podejdzie.
- Ochoty nie mam słuchać żądań
twoich, więc albo powiesz, co to za ptaszysko, albo jemu skrzydła wyrwę i
ciebie nimi nakarmię – zagroziłem.
- To syn Alerartiego, dziedzic –
wyjaśniła, głowę dumnie uniosła. Omal się na rewelację taką śmiechem nie
udławiłem. Wiedziałem, że się przydupas Kagatha do wróblicy dorwał, ale żeby to
coś synem nazywać. Coraz lepiej się robiło. Nie ma co.
- Przejść możecie, ale niech to
ktoś gdzieś zamknie, bo się temu krzywda stanie – warknąłem i spojrzałem złowrogo
na pierzaste ohydztwo. Czekając czy wyzwanie przyjmie.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz