Postanowiłam wyjść nieco na świeże powietrze. Skierowałam
się w stronę stajni, myśląc o przejażdżce. Kiedy tylko weszłam do środka
zauważyłam Kariego. Stał ze swoim pegazem. Był wyraźnie przygnębiony.
- Cześć - powiedziałam podchodząc do niego.
- Irezaja... - wydawał się zmieszany moją obecnością. -
Niezbyt mam ochotę na pogawędki - skwitował.
- A może jednak? - zapytałam. Widziałam, że coś go bardzo
martwi. Wyglądał na wyczerpanego.
Kari westchnął głośno.
- Wiesz, czasami lepiej jest się wygadać komuś obcemu -
powiedziałam i posłałam mu ciepły uśmiech.
- Być może... Tylko, że to nie jest takie łatwe...
Wyszliśmy i usiedliśmy na niewielkiej ławeczce. Przez
chwilę milczeliśmy. Nie chciałam naciskać.
- Miałaś kiedyś problemy z ojcem? – zapytał.
- Problemy to raczej mało powiedziane. Ja i mój ojciec
chyba się nigdy nie zgadzaliśmy. Byłam tylko zabaweczką w jego rękach, kartą
przetargową, przykrywką, tym, czego akurat potrzebował – zaśmiałam się gorzko.
– A ty masz problemy ze swoim?
- Można tak powiedzieć. Widzisz, swojego ojca biologicznego
nie znam i mam szczerą nadzieję, że nigdy nie poznam. Za to niedawno poznałem
ojczyma, który całe moje życie skrzętnie mnie unikał, a teraz, nagle ruszyło go
sumienie – pół anioł był widocznie wściekły. – Jak Atrael może myśleć, że mu to
wszystko zapomną, wybaczę!?
- Atrael? – zapytałam. Nigdy bym nie pomyślała, że to może
chodzić o niego. Medyk cesarski był bardzo szanowaną osobą, nie tylko ze
względu na swoje umiejętności, ale także altruizm i wielkie serce.
- Owszem... – wymamrotał i spuścił wzrok. Nie wiem
dlaczego, ale nie zdziwił mnie fakt, że on i Kael są braćmi, nawet jeżeli tylko
przybranymi. Oboje mieli w sobie bardzo podobne ciepło, które było czuć
szczególnie gdy byli razem.
- Nie sądzisz, że to dar od losu? – zapytałam. Kari
spojrzał na mnie jakby uważał, że oszalałam, co najmniej. Zaśmiałam się. –
Chodzi mi o to, że poznałeś Kaela. Bardzo się lubicie, co?
- Tak... – mężczyzna uśmiechnął się na myśl o chłopaku.
- Może los chciał, żebyście się spotkali. Nawet jeżeli nie
da się cofnąć czasu, a twoje relacje z Atraelem nigdy nie będą najlepsze, to
może, mimo wszystko, znalazłeś wreszcie rodzinę i miejsce na świecie? Wiem, że
nigdy nie zapomnisz przeszłości i wszystkich krzywd, bo tak się nie da.
Nienawidzę swojego ojca. Szczerze i całym sercem, ale mimo to chciałbym, żeby
kiedyś powiedział mi coś miłego. Żeby przeprosił mnie, żeby mu choć troszkę na
mnie zależało.
Kari westchnął i spojrzał na mnie. Jego wzrok był chyba
odrobinę mniej smutny niż wcześniej.
- Moje miejsce na świecie...co?
- Owszem. Masz tu brata i możesz mieć spore grono
przyjaciół. Na przykład te trzy wilkołaki. Straszne z nich... – zawahałam się.
- Brak mi odpowiedniego określenia, ale wydają się sympatyczni. Ogion też cię
lubi, Hebi także. No i ja oczywiście też – posłałam mu promienny uśmiech, który
odwzajemnił. – A Atraelem się nie przejmuj. Jeżeli to możliwe postaraj się
traktować go jak każdą, obcą sobie osobę. Może gdy go lepiej poznasz wasze
relacje uspokoją się chociaż na tyle, żebyś nie miał ochoty ukręcić mu głowy..?
- Zawsze jesteś taką optymistką?
- To nie ja. To Kael mnie tym zaraził. A ja zarażam ciebie
i mam nadzieję, że skutecznie. A teraz muszę już wracać. – wstałam. Nie było
mnie dość długo. - Do zobaczenia później.
- Irezajo.. – zatrzymał mnie Kari. – Dziękuję..
- Dla takiego przystojniaka, wszystko – zaszczebiotałam i
musnęłam ustami jego policzek tuz obok blizny. Pół anioł stał zaskoczony przez
chwilę, ale później uśmiechnął się delikatnie. Ja natomiast puściłam się pędem
w stronę posiadłości Kane’a.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz