Siedziałem w gabinecie ojca. Dopiero teraz wrócił. Musiał
najpierw po raz setny sprawdzić stan zdrowia Hebiego i Kane’a. Ten pierwszy był
osłabiony, nieco posiniaczony, ale zdrowy. W ciągu kilku najbliższych dni miał całkowicie
wrócić do zdrowia. Ze strażnikiem sprawa miał się całkowicie odmiennie. Mój
ojciec i Normenel robili co mogli by przynajmniej ustabilizować jego stan.
Nawet powrót do konwencjonalnej ludzkiej medycyny nic nie dał. Życie wciąż z
niego uciekało. Powoli, ale nieubłaganie.
- Oficjalne Kane wyjechał – powiedział ojciec.
- Jak to? Przecież ludzie widzieli Hebiego.
- Widzieli jakiegoś szaleńca biegnącego za Kane’em, a później
krąg ognia, nic więcej. Tygrys nie na darmo jest nazywany uszami i głodem tego
miasta. Ludzie, którymi się otoczył są najlepsi w tym co robią, a niczego nie
robią tak dobrze, jak zacierają ślady. Oficjalna wersja mówi o tym, że na Kane’a
napadli skrytobójcy, najprawdopodobniej demony. Kane stoczył walkę i wygrał,
teraz wyjechał by dorwać spiskowców. Ogary znalazły już nawet odpowiednią
liczbę świadków zdarzenia.
- Czy to nie dziwne, że on leży wpół martwy, a oni dokładnie
wiedzą co mają robić?
- Kaelusie, Kane zawsze cenił samodzielne myślenie ponad
wszystko inne. Nidy nie słyszałem, żeby wydał komuś szczegółowy rozkaz. To zawsze było „dowiedz
się o tym”, „pilnuj tego”, samo wykonanie zawsze pozostawiał swoim ludziom.
Ufał im. Właśnie Kaelu, co dokładnie widzieli twoi przyjaciele?
- Niewiele. Wilkołaki widziały tylko Kane’a i jakiegoś
cytuję „potworzastego chłopaczka, który chciał ich zabić”. Irezaja natomiast
rozpoznała Hebiego, ale ona nic na ten temat nie powie.
- Tak, wiem. Dziewczyna była nawet odwiedzić Hebiego i Kane’a
– ojciec usiadł ciężko.
- A ty jak się czujesz? – zapytałem łagodnie.
-Źle. Kolejny raz... kolejny raz czuję, że zawodzę innych. Po raz kolejny demony okazały się potężniejsze
od mojej mocy i kolejna osoba umrze, bo ja jestem zbyt słaby by jej pomóc...
- Nie mów tak! Dla niego jest jeszcze szansa! Ogion mu
pomoże, zobaczysz – starałem się włożyć w to tyle pewności ile mogłem. – A ty
jesteś najpotężniejszym uzdrowicielem w Kontraświecie.
- Ale po co mi cała ta potęga...? – westchnął ciężko. Wiedziałem jak to musiało być dla niego trudne. – Gdybyś widział wzrok Normenel kiedy
patrzyła na mnie, błagając mnie, żebym mu pomógł. A szloch Viccy? Walkirie nie
płaczą. Nic nie jest dla nich taką ujmą na honorze jak okazanie słabości
poprzez łzy... Mam nadzieję, że cokolwiek Ogion planuje naprawdę się uda. W
przeciwnym razie dusze wielu osób pogrążą się w cierpieniu.
Wyszedłem z gabinetu ojca w podłym nastroju. Nigdy nie
znałem specjalnie dobrze Strażnika, ale mój ojciec zawsze miał o nim dobre
zdanie, mimo licznych plotek. To nie zmieniało jednak faktu, że to co się z nim
stało bardzo mnie martwiło. Czułem głęboki smutek i współczucie dla wszystkich,
którzy byli z Kane’em blisko.
Wyszedłem do ogrodu. Na ławie wygrzewała się Argo. Tez była
nie w humorze.Nerwowo machała ogonem.
- Hej Złociutka – zagadnąłem.
- Cześć Kael. Kiedy wróci Kari? – wiedziałem, że to pytanie
padnie.
- Nie wiem maleńka. Pewnie niedługo – zrobiłem smutną minę.
– A co moje towarzystwo już ci się znudziło? – udałem, że pociągam nosem.
- No coś ty! – zawołała drakona i wskoczyła mi na ramiona.
Oplotła się wokół mnie i położyła mi łeb blisko policzka.
- No to się cieszę, bo już się bałem, że przestałaś mnie lubić...
- Nie przeszkadzam? – w drzwiach wychodzących do ogrodu
stała Irezaja. Mieszkała tymczasowo u nas, bo rezydencja Kane’a miała stać oficjalnie
pusta. Tak naprawdę to tam leżał Kane pilnowany przez Normenel i dwójkę z
pięciu ogarów.
- Oczywiście, że nie – powiedziałem uprzejmie.
- On już jest zajęty! – syknęła Argo.
- Widzę... – powiedziała do drakony dziewczyna, a do mnie puściła oko.
- Nie przeze mnie! Ja go tylko wypożyczam. On należy do
Biancy. Widziałam jak się całowali i to nadzy...
- Cicho już! Wiesz, ze o takich rzeczach się nie rozmawia? –
poczułem nieprzyjemne ciepło na policzkach.
- Aż taki lowelas z tego naszego aniołka? No, no całować
się i to bez ubrań... Straszne! – Irezaja zrobiła przerażoną minę. Drakona
zaśmiała się, a ja spaliłam buraka i miałem ochotę zapaść się pod ziemię.
- Hej przestańcie obie. To nieładnie nabijać się czyimś
kosztem – poskarżyłem się.
- Plasiam! – powiedziała drakona. – To ja idę gonić Fu! –
krzyknęła i odbiegła. Fu był wrednym psiskiem jednego z hrabiów i często
zapuszczał się na teren naszej posesji.
- Coś nowego? – zapytałem senatorównę.
- Nic. Hebi się martwi, łazi jak lew w klatce. Rakyo
próbuje jak może go uspokoić, ale mu nie wychodzi. Kane nieprzytomny i wciąż
krwawi. Normenel wypłakuje oczy kiedy myśli, że nikt nie widzi. Wyobrazić
sobie, że myślałam o Strażniku jak o potworze.
- Nie ty jedna....
- On mi pomógł i to nie raz, a ja jedyne co mu zaoferowałam
to dystans i strach. A teraz...
- Nie myśl tak. Trzeba mieć nadzieję – położyłem dziewczynie
dłoń na ramieniu.
- Podziwiam ten twój wieczny optymizm...
- To zasługa mojej matki. Miałem co prawda jedynie trzy
lata, kiedy jej czas nadszedł, ale otoczyła mnie bardzo potężnym zaklęciem. Dopóki
moje serce bije fragment niej jest we mnie i nie pozwala mi stracić nadziei. Ojciec często mi powtarza, że oddała mi swoje
serce, a jej dusza pozostała przy mnie.
Irezaja spojrzała na mnie z ciepłem w oczach. Powoli
poszliśmy przez ogród.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz